piątek, 22 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Próba Ziemi

Jeśli poprzedniego dnia rodzina nie czuła się komfortowo, to dzisiaj można powiedzieć, że gdyby usiedli na ostrych nożach, to fizyczna niewygoda dorównałaby psychicznej. Przyczyną wcale nie było sprawozdanie Yoh, a jego zachowanie. Wrócił, ciągnąć się powoli za Anną, wpatrując w swoje sandały. Nie odezwał się ani słowem, ale przynajmniej wciąż jadł. Jego myśli nieustannie nawiedziały sceny z Księgi Szamanów oraz słowa Wielkiego.

"Razem uda nam się zapanować nad ludzką chciwością, egoizmem, pozbędziemy się tych, co wejdą nam w drogę, tych co będą knuli przeciw matce naturze i bliźnim."

Tak bardzo chciał wiedzieć, co sprowadziło go na złą drogę. Domyślał się już, dlaczego ta Księga Szamanów została zastąpiona nową. Tworząc starszą wersję, wciąż wierzył, że wszystko można zrobić inaczej. I choć rodzina wyczekiwała sprawozdania z pierwszej lektury, to nie doczekali się ani jednego słowa na jej temat. Jedynie na twarzy Anny nie było widać troski, która zżerała ją od środka. No i oczywiście Mikihisy, ale u niego to była kwestia prawdziwej maski. Reszta rodziny starała się jak mogła, by nie wbijać zmartwionego i zaniepokojonego wzroku w Yoh. Natomiast Tamao wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać.

Po skończonej kolacji, Yoh po prostu wstał od stołu i udał się do swojego pokoju.

-Uważam, że powinniśmy to przerwać.- stwierdził Mikihisa. Keiko już chciała coś odpowiedzieć, ale mężczyzna nie dał jej dojść do głosu. -Wiem, co chcesz powiedzieć. Stanowczo nie zgadzam się na dalsze działania Yoh. Widzicie co się z nim stało.-

-Yoh odkrył coś, czego w sumie się spodziewał, ale i tak go zabolało. Dowiedział się o cierpieniu Hao i jego planach, by postąpić inaczej niż końcowo postąpił. Domyśla się, że stworzenie klanu było tym, co przelało czarę goryczy.- wstawiła się za nim Anna, choć sama też wolała, by Yoh zaniechał swojego planu.

-I co, pośmiertnie Hao nastawi teraz naszego jedynego syna przeciwko swojej rodzinie?-

-Naprawdę uważasz, że to byłoby dziwne? Jeżeli Hao stworzył Asakurów, by nie być sam, a oni z wdzięczności knuli i spiskowali, a może nawet wbili nóż w plecy, to i on i Yoh mają pełne prawo czuć wstręt.- wtrąciła Keiko.

-A jeśli Hao przeciągnie go na swoją stronę?-

-Dosyć tego.- odezwała się Kino, a jej twarz zwróciła się w stronę córki i zięcia. -Jako klan Asakura popełniliśmy wystarczająco błędów. Skoro mamy okazję je naprawić, a Yoh sam podejmuje te decyzje, nie będziemy go powstrzymywać.- powiedziała ostro, kończąc tym samym temat.

-Nie będę patrzył, jak mojego syna pochłania żal.- powiedział w końcu zamaskowany mężczyzna. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Kolejne podróże i zniknięcie ojca chłopca na kilka dni.


Długo w pokoju nie wytrzymał. Przez chwilę siedział na parapecie, po czym otworzył okno i wspiął się na dach budynku. Słońce już powoli zachodziło, a czerwonawe promienie, podświetlały chmury, przebijając się przez liście drzew. Na niebie również pojawił się sierpowaty księżyc. Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej, a on wciąż rozmyślał o tym, co dziś zobaczył.

-Chcesz o tym porozmawiać, Yoh?- spytał przyjaźnie duch, pojawiając się obok niego.

-Sam nie wiem. Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, Amidamaru. Zastanawiam się, co by było, gdybym wiedział o Hao wcześniej. Czy gdybym przeszedł przez te Księgi, udałoby mi się do niego jakoś trafić.-

-Czasu nie cofniesz. Już nie masz na to wpływu.- samuraj chciał mu tymi słowami przypomnieć jego dawne motto. Rzeczywiście, Yoh od razu o tym pomyślał, ale to nie poprawiło mu humoru. Gdzieś w głębi pojawiała się pretensja do rodziny. Tajemnica, którą przed nim mieli była tak bardzo niepotrzebna.

W końcu zapadła całkowita ciemność. Yoh z lekkim uśmiechem i rękami skrzyżowanymi pod głową obserwował gwiazdy na niebie, przypominając sobie nazwy wszystkich konstelacji. Nie był w stanie powstrzymać się od wyobrażeń z rodzaju "co by było, gdyby" i w jego myślach już pojawiały się scenariusze. Yoh i Hao, może w wieku 10 lat, leżący razem na dachu, a może na jakieś polanie przy ognisku rozpalonym przez brata, Hao z początku sprawdzałby, czy Yoh nauczył się wszystkich nazw, a dla zachęty opowiadałby mu historie i legendy ze swoich czasów. Czasami długowłosy droczyłby się z nim, niczym rodzic, mówiąc, że czas spać albo że tego dnia nie zasłużył sobie na nową opowieść, ale Yoh zawsze znalazłby sposób, żeby coś z niego wyciągnąć. Wiedział, że Hao lubił opowiadać historie. Po pierwsze, Księgi tego dowodziły, a po drugie kiedyś słyszał jak Opacho go prosiła o opowieść. Na pewno cieszyłby się widząc zainteresowanie swojego bliźniaka tym, co miał do powiedzenia. Westchnął ciężko i gdy chłodny wiatr zaczął go zniechęcać do dłuższego pobytu na dachu, powoli wrócił przez okno do swojego pokoju.


Tej nocy znów miał koszmary, jednak zupełnie inne. Zbudowane ze wspomnień.

-Jesteś częścią mnie, tak jak ja jestem częścią ciebie...-

-Nie musisz umierać.-

-Długo czekałem, byśmy mogli być razem, bracie.-

-Możemy przestać walczyć, jeśli pogodzisz się ze swoim przeznaczeniem.-

-Ty i ja, to dwie połowy jednej całości.-

-Rozumiejącymi mnie.-

-By nikt więcej nie przechodził tego, co przeszedłem ja.-

-Dołącz do mnie, Yoh.-

-NIGDY DO CIEBIE NIE DOŁĄCZĘ!-

-Od naszych narodzin czekałem, by znów się z tobą połączyć.-

-Nie... -

-Możesz dołączyć do mnie i żyć lub sprzeciwić się i zginąć.-

-...chcę...-

-Tu nie ma się na co decydować, rozumiesz?!-

-...być...-

-Taka moc w niepowołanych rękach mogłaby doprowadzić do zagłady wszystkiego, co żywe.-

-...sam...-

-Rozdzieliłem duszę na dwie części.-

-Miałem nadzieję, że będzie inaczej.-

-Proszę bardzo.-

Głosy się przekrzykiwały, część należała do jego ostatniej formy, a część pochodziła z ostatnich dwóch dni, słyszał też swoje własne odpowiedzi. Ostatnie zdanie, Hao wypowiedział mniej bezczelnym tonem, a twarz, która nagle pojawiła się w otaczającej go ciemności, wyrażała głębokie rozczarowanie. To był jego wyraz twarzy z tamtej walki, gdy Yoh po raz ostatni odrzucił jego propozycję dołączenia do niego. Ani ton głosu, ani mimika nie miały w sobie pogardy. I te losowo wypowiadane słowa niczym wyrywki z innych wypowiedzi.

Zacisnął oczy, by nie widzieć tego zawodu w oczach bliźniaka. Coś ciepłego znalazło się przy jego twarzy, znajomy szelest przywodził na myśl kontrolę ducha, domyślił się więc, że to ostrze brata. Ciepło cofnęło się, świst, a potem... szczęk oręża. Yoh otworzył oczy i zobaczył, przed sobą drugiego Hao. Jeden próbował go zabić, a drugi go ocalił. Gdy obaj zwrócili się w jego stronę, ich postaci zlały się i znów byli jednym.

-Widziałeś co działo się z każdym, kto mi się przeciwstawił. Nigdy nie pomyślałeś, dlaczego tyle razy dałem ci szansę, by do mnie dołączyć?- spytał, przechylając głowę i mrużąc gniewnie oczy.


Tym razem nie obudził się z wrzaskiem, a za sprawą Amidamaru, który dostrzegł pierwsze łzy na policzkach swojego szamana. Yoh powoli podniósł się do siadu, przecierając oczy rękawem.

-To jakiś koszmar, Amidamaru.- mruknął.

-Wiem, Yoh-dono. Mogę się tylko domyślać, jak bardzo cierpisz. Do dziś pamiętam, co działo się ze mną, gdy chodziło o Mosuke. Taki ból i gniew potrafi dokonać niesamowitych przemian, a nawet swego rodzaju opętania. Wbrew pozorom, gdyby nie przodek Fudou, kto wiem czym byłbym dziś.- powiedział unosząc się przed chłopcem.

-Eh! Oczywiście, że moim duchem stróżem i przyjacielem, tylko że ja poradziłbym sobie z twoim demonicznym podejściem bez pieczętowania.- odpowiedział szatyn, siląc się na wesoły ton, a samuraj zaśmiał się serdecznie.

-Pewnie masz rację.- skwitował. I rzeczywiście, pewnie tak by było.

-Która godzina?-

-Dochodzi 4.-

Przez chwilę Yoh siedział na łóżku, po czym w końcu zdecydował wstać. Spał tylko 3 godziny, ale i tak już nie miał ochoty na sen. Amidamaru w milczeniu śledził go wzrokiem. Chyba wszyscy z otoczenia słuchawkowego zdawali sobie sprawę z tego, że nie powinni wątpić w instynkt i dobroć chłopaka. Choć żadne z nich nie pomyślałoby o zbliżeniu się do Hao, a przynajmniej do jego filozofii na tyle, by ją zrozumieć, to nie mieli zamiaru przekonywać jego, że źle robi. Jedyne co mogli robić, to obserwować jego poczynania.

Nie czekał aż reszta rodziny wstanie. Szybko złapał kawałek wczorajszego chleba, kładąc nań plasterek sera i skierował się w stronę świątyni. Tym razem czekała go pierwsza z prób, domyślał się, że zajmie ona trochę czasu i wolał mieć to za sobą. Gdzieś w głębi miał też nadzieję, że ponownie uda mu się porozmawiać z duchem pieczęci. Wchodząc do świątyni, od razu skierował się w stronę stołu po lewej. Księga Ognia wciąż leżała na podłodze i Yoh nie palił się do podniesienia jej. Oparzenia na dłoniach, których się nabawił na razie wystarczyły, a i tak niedługo będzie musiał się nią zająć. Jego wzrok padł na Księgę Ziemi. Czarna okładka, z żółtym symbolem.

-Gotowy?- spytał swojego stróża.

-Zawsze.- odparł, a Yoh w końcu podniósł Księgę. Jego nozdrza natychmiast uderzył przyjemny zapach żyznej gleby i mokrej trawy. W dotyku była niczym ubity piach. Delikatnie przejechał kciukiem po okładce, ze zdziwieniem obserwując sypiący się piasek. I nagle jego dłoń była całkowicie pusta. Księga zmieniła się w piach i rozsypała po podłodze. Chłopak cofnął się gwałtownie.

-Udowodnij, że jesteś godzien.- rozbrzmiał głos, który zdecydowanie nie należał do Hao. Piasek pozostały z Księgi zaczął wirować, tworząc coś w rodzaju portalu, z którego po chwili wyłoniły się dwa lwy. Usiadły one przed nim, a piach, wciąż wirując, uniósł się i w formie pętli zawisł za dzikimi kotami.

-Co to jest?- jęknął Yoh, a jeden z kotów spojrzał prosto w jego oczy. Ta pogarda była wręcz dobijająca.

-Wyczuwam w tobie ogromną siłę, młody Asakura. Tą samą, której służymy.- rozbrzmiał głos i choć żaden z lwów nie ruszał pyskiem, wiedział, że pochodził od nich.

-Skoro jej służycie, jaka szansa byście mi odpuścili?- spytał z niepewnym uśmiechem, a oba koty warknęły ostrzegawczo.

-Żadna. Jestem Aker. Egipskie bóstwo ziemi i świata podziemnego. Moim zadaniem jest chronić sił i wiedzy zawartej w Księdze Ziemi.-

-Bóstwo. No jasne, dlaczego mnie to nie dziwi.- mruknął Yoh.

-Yoh-dono. Nie uraź ich.- szepnął Amidamaru.

-Mądre słowa, samuraju.- lwy zmierzyły ich wzrokiem, a ogony niespokojnie uderzyły o posadzkę.

-Proszę o wybaczenie, tak reaguję, gdy się stresuję.- Yoh naprawdę nie chciał myśleć, że Hao do ochrony tej i pewnie też pozostałych ksiąg zaciągnął duchy klasy boskiej. O Akerze nigdy wcześniej nie słyszał, więc liczył, że pozostałe księgi też raczej będą opierać się o pomniejszych bogów.

-Słyszę twoje myśli.- warknął groźnie głos, a oba lwy odsłoniły swoje kły, a wibrysy napięły się ostrzegawczo. Yoh przełknął głośno ślinę. -Co jest twoim celem?-

Domyślił się, że najpierw musi je przekonać by poddały go próbie.

-Jestem połową trzeciej reinkarnacji Douji Asahy, w moich czasach znany już jako Asakura Hao. Niestety, jego przeszłość jest dla rodziny tajemnicą, a my żyjemy jedynie przekonaniem, że chciał zniszczyć całą ludzkość, jest najgorszym złem tego świata i musi zostać pokonany. Ja jednak czuję, że za jego postępowaniem kryje się coś więcej. Jestem jedynym dopuszczonym do dotknięcia tych Ksiąg, przełamałem ich pieczęć. Moim celem jest poznanie przeszłości i pierwotnych celów Asahy, dorównanie mu mocą i wsparcie go w osiągnięciu tych celów.- powiedział. Jeden z lwów wstał z ziemi i zaczął okrążać szamana. Słyszał jak pociągał nosem.

-Prawda.- osądził, nim powrócił na swoje miejsce. Wirujący piach przemieścił się do przodu, między lwami i zatrzymał się przed twarzą szamana.

-Nim zajrzysz do Księgi zostaniesz poddany próbie.- piaskowy okrąg powoli zmienił kształt i przypominając teraz małą trąbę powietrzną i opadł na ziemię. - To, co widzisz, to nie jest zwykły piach. Część rzeczywiście pochodzi z egipskich pustyni, a część... to ludzkie prochy.- Yoh spojrzał na lwy, a jego źrenice rozszerzyły się. -Twoim zadaniem jest rozdzielenie prochów od piachu. Uważaj jednak, każdy błąd zostanie odznaczony na twym ciele.- wyjaśnił lew.

Chłopak ukląkł przy kupce piachu. Teraz gdy wiedział czym jest, zauważył różnicę. Część ziarenek była żółtawa, a część szara. Wydawało się proste. Yoh wziął w dłoń tę odrobinę jaśniejszej.

-Piach układaj na wschód, prochy na zachód.- usłyszał, a po chwili na ziemi pojawiły się dwie misy. Ostrożnie przesypał ziarna do tej, która była po wschodniej stronie. Chwilę później koszmarny ból przeszył jego prawe przedramię. Jego wzrok padł na 5 wielkich zadrapań, powstałych niczym od kociego pazura, ale krew, która zaczęłą się sączyć z ran była tak ciemna, że prawie czarna.

-Czarna żółć. Symbol ziemi.- wyjaśnił głos. -Musisz być bardziej ostrożny. Jedno ziarenko prochu to jedno zadrapanie. W trakcie próby będziesz czuł się coraz bardziej przygnębiony, melancholia stanie się nie do zniesienia. Poczujesz kwaśny smak w usta i okropną suchość. Z każdą kolejną minutą będzie ci coraz zimniej.- Yoh nachylił się nad miską, w której znajdowała się odrobina oddzielonego piachu i przez kolejne 10 minut wygrzebywał zaginione ziarna prochu. Pomimo ich wyciągnięcia, rany nie zniknęły. Czuł, że to będzie bardzo trudny test.


Minęło już pięć godzin, a Yoh nie był nawet w połowie. Dwie godziny temu przyszła go odwiedzić matka, ale Amidamaru zagrodził jej drogę, gdy lwy ostrzegły, że zaatakują każdego, kto wejdzie do świątyni w trakcie trwania próby. Prawe ramię Yoh i jego plecy były pokryte krwawiącymi rozcięciami, niewielka plama ciemnej krwi zbierała się na posadzce i spływała do pobliskiego kanału. Chłopak drżał z zimna, czuł też obrzydliwy kwaśny posmak w ustach. Nie było jednak nic gorszego od tego zwątpienia w samego siebie, przygnębienie i zagłuszające wszystko inne poczucie winy. By odwrócić swoją uwagę od tego okrutnego samopoczucia, starał się utrzymać z lwami rozmowę. Dowiedział się, że choć są dwa, to są częścią jednej całości, a ich rozdwojenie jest powiązane z rolą za dnia i po zmierzchu, gdy słońce wchodzi do krainy podziemia. Niestety nie był w stanie długo utrzymywać tej rozmowy i od jakiegoś czasu pracował w milczeniu.

-Melancholia jest jednym z atrybutów ziemi. Tak samo czarna żółć, czyli ciemna krew, która powiązana jest z pracą śledziony, ta również jest jej atrybutem, suchość i kwaśny posmak również. Uczucia, które tobą teraz targają są wielokrotnie spotęgowane.- w głosie lwów dało się słyszeć współczucie, ale też i podziw. Z oczu Yoh leciały łzy, które utrudniały my rozpoznanie koloru ziaren, a to też wywoływało kolejne rany. Nie był w stanie nie jęknąć boleśnie, a więcej kropel spłynęło po jego policzkach. Oparł dłonie na podłodze i zacisnął oczy, oddychając ciężko, czując jak ciepły strumień krwi leje się po jego plecach, a jego strój nią nasiąka. Na szczęście był czarny.

-Czy nie wystarczy wam jak bardzo jest zdeterminowany?- warknął Amidamaru, sam już tracąc szacunek do bóstw. Troska o przyjaciela go zaślepiała.

-Nie, samuraju. Musi zakończyć próbę Ziemi.- pomimo sposobu, w jaki odezwał się duch, lwy nie wydawały się rozjuszone. Nie tak, jak reagowały wcześniej. Chyba nie spodziewały się takiej wytrwałości szamana. -W każdej chwili możesz się poddać, młody Asakuro.- zasugerował.

-N-nie... Nie poddam... się. Muszę to zrobić. Zrobię to dla niego.- wymamrotał Yoh i wziął w dłonie kolejną porcję ziaren. Więcej łez kapało na ziemię, mieszając się z krwią. -Jestem... Mu to winien. Ja powinienem był zrobić to.... wcześniej. Uratować go... Uda mi się...- mamrotał oddzielając w dłoniach piach od prochu. Gdy wsypał proch do miski, wreszcie nic się nie wydarzyło, ale niestety przy piasku, na lewym ramieniu pojawiły się kolejne szramy. Przez następne dwie sekundy, Yoh szlochał chcąc się poddać. Czuł się beznadziejny, był tak przybity, jak nigdy wcześniej, ale powtarzał sobie, że jego myśli są teraz skalane mocą całej próby. To nie są do końca jego myśli. -Nie...poddam...się...- powtarzał.

Lwy najwyraźniej nie były przygotowane na taki natłok myśli, poczucia winy i desperacji. Upór tego szamana jasno wskazywał, że choćby miał się tam wykrwawić, nie przerwie.

-Nigdy nie powiedziałem, że nie możesz użyć furyoku.- Yoh spojrzał na koty zaskoczony. Czy one właśnie... mu pomagały. -Ale musisz wiedzieć, że to też będzie wymagało od ciebie ogromnej siły. Możesz nie dać rady. Jeśli jednak ci się uda, zakończysz próbę z powodzeniem.- dodał głos.

Yoh usiadł na ziemi prosto. Jego myśli skupiły się na furyoku. Pomimo że od kilku godził tkwił w stanie ciężkiej melancholii, na granicy z depresją, skupił się na swoim celu i na tym, jak bardzo robił to wszystko nie da siebie, a dla niego. Po kilku minutach medytacji i uspokojeniu swojego rozżalonego umysłu pozostały piach uniósł się nad ziemią i ponownie zawirował by po krótkiej chwili rozdzielić się na dwie części. Amidamaru wpatrywał się w to z podziwem i mógłby przysiądz, że dostrzegł na pyskach kotów to samo zadowolenie. Proch i piach wylądowały w swoich miskach, a szaman zachwiał się i pewnie upadłby na ziemię, gdyby nie samuraj.

-Udało ci się, młody Asakuro. Możesz przeczytać zawartość Księgi Ziemi. Oby wiedza, którą zdobędziesz pomogła ci opanować żywioł.- Yoh uchylił oczy powoli, obserwując jak ziarna z obu mis unoszą się i ponownie mieszając, by po kilku sekundach uformować Księgę Ziemi. Chłopak uśmiechnął się w stronę lwów słabo.

-Dziękuję, Aker-sama.- powiedział cicho. Oba lwy podniosły się i pochyliły lekko głowy.

-Wiem, że moc ziemi uznawana jest za najsłabszą. Ale to ona łączy w sobie wszystkie pozostałe. Najłatwiej jest ją opanować, lecz jest kluczowa dla pozostałych. Bez niej, choćbyś nie wiem jak potężny był, powietrze, woda, ogień i dusza nie ugną się przed tobą. Nie zmarnuj tej wiedzy, młody Asakuro.- powiedział, nim oba rozpłynęły się w powietrzu.

-Jeżeli to było najłatwiejsze, to ja wolę nie myśleć, jak bardzo wymagające będą pozostałe.- odparł Yoh, po czym zaśmiał się słabo. Samuraj odetchnął z ulgą widząc nagłą i szybką poprawę nastroju swojego przyjaciela. Chłopak powoli podniósł się z podłogi i westchnął ciężko, nim podszedł do misy z bieżącą wodą. Nie miał przy sobie żadnej ścierki, więc jedyne co mógł zrobić, to nabrać wody w dłonie i wylać ją na posadzkę, klęcząc ponownie i kolanem spychając krew w stronę kanału. W myślach dziękował, że pomimo iż świątynia była raczej zakazanym miejscem, to ktoś pomyślał o założeniu odpływu w razie powodzi. Dopiero gdy podłoga była czysta, Yoh poprosił Amidamaru by przyprowadził Annę i by nie mówił jej o próbie.


Gdy blondynka weszła, jej narzeczony siedział przed stołem, całkowicie przodem do niej, układając ręce tak, by wyglądały naturalnie, ale by nie widziała jego ramion.

-Długo to trwało.- powiedziała.

-Ale za to poznałem egipskiego boga strzegącego ziemi.- odparł z szerokim uśmiechem. -Trochę mnie wykończył, ale opowiem ci później. Otworzysz portal?- spytał wyluzowanym tonem, jakby przed chwilą wcale się nie wykrwawiał na śmierć z zapłakanymi oczami. Anna skinęła głową i powtórzyła wczorajszą czynność z koralami. Gdy tylko portal się otworzył, Yoh poderwał się z ziemi i niemalże podbiegł do niego.

-Do później!- zawołał szybko. Zanim zniknął usłyszał jeszcze jej groźne "Yoh, co ty masz na ramionach?!"

=========================

I to by było na tyle! Przyznam, że wpędziłam się w bagno z tymi próbami ksiąg. Nie miałam pojęcia jak się do nich zabrać, by było to coś innego od nauki panowania nad żywiołem. Myślałam cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień i nic nie mogłam wymyślić. Dopiero jak zaczęłam pisać. Tak mi jakoś najlepiej idzie. 

Atrybuty, o których wspominał Aker, to atrybuty humorów z teorii humoralnej, jednego z głównych nurtów medycyny starożytnej. Niech mi ktoś powie, że pisanie opowiadań nie kształtuje XD Nie czytajcie o nich aż do końca wszystkich prób, bo to spoiler! 

Co do częstotliwości notek, to jest to kwestia urlopu XD Zwykle będą co tydzień, ale póki mogę, piszę częściej, zwłaszcza, że mam ogromne pokłady weny. Następna notka pewnie w niedzielę i wtedy wejdziemy do Księgi Ziemi, a więc znowu widzimy się z Asahą.


czwartek, 21 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Księga Szamanów

W pomieszczeniu nie było chyba ani jednej osoby, która czułaby się w tej chwili swobodnie i pewnie. Opowieść Yoh ze spotkania z duchem pieczęci Wielkiego, choć krótkie, wystarczyło, by wzbudzić ogromne wątpliwości dotyczące zła drzemiącego w Hao, a filozofia Yoh, że każdy, kto wyrządza jakieś zło, musi mieć swój powód, nabierała coraz większego sensu.

-Tak mało o nim wiemy.- powiedziała Keiko cicho, a w jej głosie słychać było wyrzuty sumienia, które żywiła wobec siebie samej.

-Nie obwiniaj się, skąd mieliśmy wiedzieć. Wiemy tyle, ile przekazywane było z pokolenia na pokolenie, jeśli ktoś popełnił błąd, to pierwsi Asakurowie.- powiedział Mikihisa. Choć nie należał bezpośrednio do rodu, a jedynie jako mąż Keiko, on również poczuwał się do odpowiedzialności.

-Zastanawiam się... Asaha...- Yoh zdecydował tak go nazywać, dla odróżnienia przodka od brata, a przynajmniej tego przodka, który w domyśle był jeszcze przed zmianą swojego podejścia. -Asaha powiedział "rozdzieliłem duszę na dwie części"...-

-Myślisz, że twoje narodziny wraz z nim były przez niego zaplanowane?- spytała Anna, a chłopak wzruszył ramionami, patrząc na nią, starając się ukryć swoje zagubienie i niepewność.

-Nie wiem, może po prostu tak powiedział, a ja doszukuję się nie-wiadomo czego. Ale jeśli się dowiem, że zrobił to, by nie być sam, to będę potrzebował tony cheeseburgerów, żeby zagryźć swój żal. - zażartował, choć wszyscy wiedzieli, że za tymi żartami kryły się prawdziwe wątpliwości.

-Obawiam się, że będziesz musiał znaleźć inny sposób, nie ma mowy, żebyś mi się spasł jak prosię.- odparła blondynka, a jej narzeczony zachichotał, nim powrócił do powagi sytuacji i całej rozmowy.

-Wciąż chcesz przejść przez te księgi, mój wnuku?- dopytywał Yohmei, a Yoh skinął głową. Przed każdym z nich stanęły kubki z gorącą herbatą, a różowowłosa już planowała opuścić pomieszczenie, gdy polecono jej jednak z nimi zostać.

-Jesteś naszą jedyną uczennicą, to i tak prawie, jakbyś należała do rodziny.- powiedziała ciepło matka bliźniaków.

-Poza tym, twoje wizje mogą się okazać przydatne, jeśli uda ci się nad nimi zapanować.- wtrąciła najstarsza z rodu. Tamamura skinęła głową i zajęła miejsce obok Anny.

-Nie wiem, czy Hao zaplanował moje istnienie, czy nie, ale nie zostawię tego tak. Jestem pierwszą osobą, która może zajrzeć do tych ksiąg i poznać go z czasów, gdy najwyraźniej był jeszcze normalny. To będzie niebezpieczne, a to, że on sam mnie ostrzegł, dowodzi, że było w nim dobro. Sam też powiedział, chciał pomagać innym.-

-Istnieje szansa, że również uda ci się opanować Wuxing...- zaczął Mikihisa.

-Niech tak będzie, tym lepiej, za 500 lat dopilnuję, by Hao nie zrobił żadnej głupoty. Wyobraźcie sobie jego minę, gdy stanę mu na drodzę i powiem "Hej, widziałeś, co zrobiłem? Naprawiłem planetę, nie musisz się już o nią martwić."- Yoh znowu się roześmiał. Obecni przy stole nie wiedzieli, czy to oznaka dobrego humoru czy maska, ale chyba jednak Yoh po prostu naprawdę wierzył, że uda mu się naprawić swoje błędy. Oczywiście, nie spodziewał się, że będzie łatwo i teraz i przy ewentualnym odrodzeniu, jeżeli w ogóle takie miałoby miejsce. Ale pożartować wciąż mógł, w końcu tak też uwalniał swój stres. -Pójdę za jego wskazówkami, zacznę od tej drugiej Księgi Szamanów. Możliwe, że nic nowego z niej nie wyniosę, skoro ta, którą czytaliśmy to pewnie jej aktualizacja, ale może przynajmniej dowiem się czegoś nowego o Hao. Później Księga Ziemi, Powietrza, Wody, Ognia i Duchowa. Anno, ze względu na pieczęć i zaklęcia, wolałbym byś czekała na mój sygnał.- zwrócił się w stronę narzeczonej, ta już otwierała usta, ale nie dał jej dojść do głosu. -Wiem, wiem, jesteś silna i potężna, ale pamiętaj, że ja jestem dopuszczony do tych ksiąg tylko dlatego, że po części jestem Hao.-

Nie podobało jej się to, ani trochę. Ani sam fakt, że Yoh szedł w bardzo niebezpiecznym kierunku, miał narażać się na moc Ksiąg tylko po to, by pomóc Hao. W dodatku ona miała mu w tym pomóc, a nie mogła iść z nim. Jedyne co mogła robić, to czekać na sygnał, a przez wyzwania ksiąg musiał przejść sam. Wystarczyło, że przed chwilą Kino opatrywała jego poparzone po otwarciu Księgi Ognia dłonie. Jasne, jeszcze nie tak dawno Yoh brał udział w śmiertelnie niebezpiecznym Turnieju Szamanów, ale to było co innego. Tam mniej więcej wiedzieli, czego się spodziewać. A tutaj? Nie dość, że robił to dla kogoś, kto próbował go zabić, to jeszcze był pierwszy, który się tego podjął. Mogło się okazać, że niepotrzebnie się naraża, zginie lub stanie się coś jeszcze gorszego, a za 500 lat Hao wyśmieje jego trud. Wiedziała jednak, że Yoh zrobi to z jej pomocą, lub bez. A z dwojga złego wolała być w pobliżu, niż żeby miał szukać pomocy wśród obcych, co byłoby jeszcze bardziej niebezpieczne. Poza tym, była szansa, że wyjdzie z tego potężniejszy, a przecież Turniej Szamanów miał być niedługo wznowiony. W końcu westchnęła ciężko, ale przytaknęła.

Tamao obserwowała wszystkich uważnie. Domyślała się, że w najbliższej przyszłości będzie musiała skupić wywoływanie swoich wizji na Yoh, by ewentualnie móc go przed czymś ostrzec. Z jednej strony, zawsze łatwiej szło jej wywołanie wizji na jego temat, na nim najłatwiej było jej skupić myśli, ale z drugiej, czasami niestety wizjami kierował strach i nigdy nie była pewna, co chciało ją tylko nastraszyć, a co było pewnym problemem.

Po zjedzonej kolacji, Yoh w końcu miał chwilę, by porozmawiać z Anną. Dowiedział się, że biedny Manta po raz kolejny otrzymał nakaz pozostania w domu, a żeby mieć pewność, że nie zapakuje się do pierwszego lepszego pociągu lub, co gorsza, nie wpadnie tam Ryu, który stwierdzi, że czas odwiedzić Mikihisę i Izumo, kazała mu codziennie odwiedzać Funbari Onsen i podlewać ogród oraz sprzątać, jednocześnie informując, że czekają go tortury, jeśli ominie chociaż jeden dzień. A że właściwie od niedawna był szamanem, treningi z Yoh wchodziły w grę. Tak więc rozpaczający blondynek nie miał wyboru i musiał zostać w Tokio. Słysząc o groźbie szamańskich treningów, słuchawkowy roześmiał się wesoło.

-Myślisz, że wystartuje w Turnieju?- spytał blondynkę, po umyciu zębów.

-Manta? Nie. Jest zbyt słaby, zresztą nawet nie sądzę, by chciał. Woli obserwować z boku.- odpowiedziała, wycierając twarz ręcznikiem. Yoh w tym czasie przeżywał lekki ciąg myślowy. Myśl o Mancie w Turnieju przyniosła mu do głowy pomysł na drużynę, w której byłby Yoh, Manta i Ryu albo Faust, a to podobieństwo do Hoshi-gumi. Hoshi-gumi natomiast....

-Czy wiadomo, co stało się z tą małą dziewczynką od Hao?-

-Opacho? Nie, uciekła, gdy Hao na nią nakrzyczał.- odparła. -Jeśli mi powiesz, że chcesz ją przygarnąć....

-Oj, Anna. Przecież ona nikogo teraz nie ma. Zostanie sama, miała ile 5 lat? 6? Straciła swojego opiekuna i nauczyciela, a trenowana przez niego może być naprawdę potężna, myślisz, że zostawienie jej samej spowoduje, że wyrośnie na dobrą szamankę, czy następczynie mojego brata?- wtrącił, wysuwając chyba najcięższą możliwą artylerię.

-....Możesz się skupić na jednej rzeczy, a potem myśleć o kolejnych? Skończysz z Księgami, których czytania również nie popieram, to pomyślimy o odnalezieniu Opacho. Myślę, że 5 dni sobie poradzi.- odparła ostro. Czasami miała ochotę wysłać Yoh na mordercze treningi, po których nie będzie w stanie nawet przypomnieć sobie, jak ma na imię, a co dopiero myśleć o tym, by pomagać wszystkim na około.

Szatyn roześmiał się i kiwnął głową. Miała rację, wszystko po kolei.


Następnego dnia, podekscytowanie wybudziło go zaraz po wschodzie słońca. Wszyscy w posiadłości wciąż byli pogrążeni we śnie. Tym razem, nie miał żadnych koszmarów, ale to chyba dlatego, że zanim zdążył wejść w odpowiednią fazę snu, wybudzał się i sprawdzał, czy może już wstawać. Co do pierwszej Księgi nie miał żadnych obaw, choć wolał oczekiwać nieoczekiwanego. Cały czas był przekonany, że pod względem wyzwania i wiedzy szamańskiej, będzie słabsza niż ta, którą odwiedzili w trakcie podróży do Patch Village. Jednak wczorajsze spotkanie z przodkiem, tak innym niż ten, którego znał do tej pory, sprawiało, że był pełen pozytywnych myśli.

Dzielnie odpychał od siebie te, w których tak bardzo chciał przedyskutować swoje postępy i przemyślenia z bratem. To wzbudzało u niego tęsknotę i poczucie winy, a zdecydowanie musiał teraz być silny psychicznie. W obawie przed wewnętrznymi wątpliwościami i słabościami, póki reszta spała, postanowił znów odwiedzić wodospad.

Gdy wrócił, wszyscy już byli na nogach. Tamao pomagała Keiko w przygotowywaniu śniadania, Mikihisa wraz z Anną i Yohmei siedzieli przy stole, Kino akurat kończyła przygotowywać dla Yoh napar z leczniczych ziółek, aby na pewno nie przeziębił się po drugiej w ciągu dwóch dni mroźnej kąpieli. Od razu wyczuł na sobie pytające spojrzenia i domyślił się, że chcieliby zapytać, czy znowu miał koszmary.

-Wszystko w porządku. Wolałem się po prostu upewnić.- wyjaśnił z uśmiechem.

Po śniadaniu zaczynał już poważnieć. Na wszelki wypadek, nie wiedząc, czego może się spodziewać, założył swój strój treningowy. Uśmiech zastąpił upór i determinacja, gdy wraz z Amidamaru kierował się w stronę ukrytej świątyni.

-Asaha powiedział, że to nie powinien być wymagający test, ale wciąż jakiś może być. Bądź gotów, Amidamaru.- powiedział do swojego stróża, nim weszli do Świątyni. Tym razem czuł się, jakby był właśnie tam, gdzie powinien. Jakby to było jego miejsce. Powoli podszedł do stołu po lewej, gdzie leżały Księga Szamanów, Duchowa i Powietrza. Podniósł pierwszą od wejścia powoli. Tak, jak poprzedniego dnia, nic się nie wydarzyło, gdy tylko trzymał Księgę w zabandażowanych dłoniach. Samurai zmaterializował się obok niego, a Yoh lekko poruszył nogą, sprawdzając, czy katana jest w gotowości. Wziął głęboki oddech i otworzył Księgę.

Nic się nie stało. Nic z niej nie wyskoczyło, ona sama też wciąż była normalną Księgą. Może jednak nie było testu.

-Dobra, leć po Annę.- powiedział po kilku minutach. Wszystko wskazywało na to, że Księga jest bezpieczna.

Oczekując na przybycie Itako, Yoh przyjrzał się Księdze. Przekręcając stronę, dostrzegł rysunki przedstawiające Shikigami, niesamowicie podobne do tych, które miała Anna po przełamaniu pieczęci Cho-Senjiryakketsu. Kilka stron później również pojawiła się informacja jak je pokonać. Z tego, co pamiętał z opowieści, tak właśnie chroniona była Księga za szkłem. Czyżby tworząc nową wersję Księgi, Hao przeniósł Shikigami do nowej, a tą pozostawił bez ostatniej opieki? Co prawda, tylko on i jego brat byliby w stanie w ogóle ją otworzyć, więc może po prostu jego przodek stwierdził, że ta druga Księga bardziej potrzebuje takiej ochrony. Co jednak było ciekawe, z jakiegoś powodu Hao nie zabezpieczył tamtej Księgi tak samo mocno. Możliwe, że gdy tworzył te, jeszcze nie sądził, że wiedza w nich zawarta będzie tak niebezpieczna, a po edycji i aktualizacji Księgi Szamanów tamta nie potrzebowała już takiej ochrony.

-Jak poszło?- spytała Itako, pojawiając się wraz z Amidamaru.

-Nijak. Hao przeniósł ostatnie zabezpieczenie tej Księgi na Cho-Senjiryakketsu. To były te twoje Shikigami.- powiedział odwracając otwartą Księgę, by pokazać jej zawartość. Anna natychmiast poczuła dreszcz przechodzący po plecach, kilka kropel zimnego potu pojawiło się na jej czole, a źrenice rozszerzyły w strachu. Czuła się jak wtedy, gdy myślała, że stracili Yoh na zawsze. Ten strach, gdy widziała jak dusza arzeczonego znika w ustach jego bliźniaka, a ciało opada bez życia na ziemię. Asakura natychmiast dostrzegł zmianę w jej wyrazie twarzy i wtedy przypomniał sobie o pierwszym zaklęciu Ksiąg. -Przepraszam, zapomniałem. Tylko ja jestem odporny na odstraszające zaklęcie.- powiedział starając się dodać odrobinę żartu, by rozluźnić atmosferę. Wtedy nie miał okazji zobaczyć strachu na twarzy blondynki, a to znaczyło, że pierwszy raz widział ją w takim stanie. Blondynka natychmiast zmroziła go chłodnym spojrzeniem, jakby jednocześnie chciała mieć pewność, że nigdy o tym nie wspomni, ale też, że zapamięta, by nie pokazywać jej zawartości Księgi. Zdjęła z szyi swoje korale i zamknęła oczy, trzymając je w jednej dłoni, a dwa palce drugiej trzymała między swoją twarzą i ustami. Szepnęła coś cicho, po czym rzuciła koralami przed siebie, pozwalając, by uformowały portal.

-Poczekam tu na ciebie.- powiedziała. Yoh skinął głową i posłał jej szczery uśmiech nim wszedł do środka.

Tak jak wtedy, lewitował w dziwnej niebieskiej poświacie. Jakaś siła ciągnęła go przed siebie. Otaczała go dziwna cisza, w poprzedniej musiało być tak samo, nim zobaczyli scenę walki przodka z Shikigami, ale wtedy był w towarzystwie przyjaciół. Tym razem ta cisza zdawała się niesamowicie dłużyć. W pewnej chwili, przed nim pojawił się chłopiec. Jego wyraz twarzy był niesamowicie obojętny, zimny, pusty, a Yoh natychmiast poczuł, że był to efekt cierpienia, przez które musiał przejść. Zdecydowanie był młodszy od niego, dłonie miał złączone i schowane w długich rękawach, które gdyby mogły, ciągnęłyby się po ziemi. Jego włosy upięte były w ciekawy sposób, tworząc po bokach jego głowy dwa okręgi. Były całkowicie czarne tak jak jego oczy. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej rozpoznawał tę twarz. Pomijając brak charakterystycznej grzywki na boki i odcień, wyglądał dokładnie jak on sam, kiedy był dzieckiem. Więc to musiał być młody Hao, pewnie z pierwszego życia.

-Wszyscy ludzie są tacy sami, żyją tylko jedną myślą.- powiedział dziecięcym głosem. -Wszyscy żyją z myślą o sobie. I tylko sobie. Nie myślą o innych ani o planecie, naturze czy przyrodzie.- chłopiec spojrzał mu w oczy. -Ale może... Udałoby się to zmienić?- Yoh nie wiedział, czy ma mu odpowiedzieć i jak się ma do niego zwracać. Szczerze mówiąc, gubił się w tym wszystkim bardzo. Najpierw Hao jako jego bliźniak, później Wielki, okrutny szaman chcący zniszczyć ludzkość, wczoraj potężny szaman, ale najwyraźniej nie aż tak zły, jak do tej pory go znał, a teraz mały chłopiec. -Mów mi Mappa. Nie jestem jeszcze tym, kogo znasz.-

-Mappa? Myślałem, że masz na imię Asaha...- Yoh już naprawdę się gubił. Ile on miał imion? Chłopiec przechylił lekko głowę.

-Jestem Douji Asaha. Mojemu przyjacielowi myliło się to z imieniem mojej matki, Asanohy. Więc dał mi imię Mappa Douji. Później powróciłem do tego imienia, ale na razie cofnijmy się do czasów, gdy mówiono na mnie Mappa. Chcę ci coś pokazać. Choć ze mną.- powiedział i odwrócił się, po chwili pod nimi pojawiło się miasto. Dwoje ludzi, wysoki, dorosły mężczyzna i chłopiec o krótkich włosach, przypominających nieco fryzurę Ashir'a zatrzymali się między dwoma budynkami. Gdy Yoh przyjrzał się, przy czym przystanęli, aż przeszły go ciarki. Był to ten sam chłopiec, który unosił się obok niego, ale znacznie bardziej wychudzony, nieprzytomny, spod peleryny, podobnej do tej, którą nosił Hao podczas Turnieju, wystawały kościste ramiona. Wokół niego kręciła się cała zgraja małych demonów. Mężczyzna rozkazał towarzyszącemu mu chłopcu, rozprawić się z nimi, ale ten ich nie docenił. Po chwili pojawiły się znane Yoh Shikigami, a więc dlatego Zenki i Goki mieli z początku strzec tej Księgi. Hao już wcześniej miał z nimi do czynienia. Po chwili sceneria zmieniła się. Asaha wyglądał teraz dokładnie tak samo, jak ten, który był jego przewodnikiem. Jak się po chwili okazało, przymierzał strój na ceremonię wypędzenia demonów przed samym Cesarzem.

-Zaopiekowali się mną, po tym, jak zabiłem mnicha, odpowiedzialnego za śmierć mojej matki.- powiedział Mappa. Yoh spojrzał na niego zaskoczony, nie wiedział, co zrobiło na nim większe wrażenie, informacja o śmierci matki pierwszego Hao, czy sam fakt, że zabił w tak młodym wieku. -Onmyouji nazywa się Tadatomo, a chłopiec Daitaro.- przedstawił ich, po czym kontynuował. -Daitaro bardzo chciał zrobić jak największe wrażenie na mistrzu. Chciał stać się najpotężniejszy. Jednak odkąd Tadatomo mnie znalazł, skoncentrował się na mnie i faworyzował, wyczuwając we mnie wielką moc i potencjał. Daitaro nie mógł się z tym pogodzić i zdecydował się na mały podstęp. Zmówił się z innym mnichem, a podczas ceremonii miał wypuścić Chimimoryo. Nie wiedział, że potrafię czytać w myślach. Ostrzegłem go, że nie powinien przystępować do swojego planu, a Tadamoto prędzej czy później o wszystkim się dowie. Daitaro zainteresowały moje zdolności, niektórzy powiedzieliby, że był to pewien rodzaj przyjaźni. Razem chcieliśmy przewyższyć ludzkość, spojrzeć w przód, by wiedzieć co robić.- opowiadał chłopiec, a Yoh obserwował wydarzenia na ziemi, rozmowę chłopców na moście.

Sceneria znów się zmieniła. Tym razem był to dwór Cesarza. Bogaci i grubi mężczyźni w bogatych strojach bawili się, prawdopodobnie w ogóle nie biorąc na poważnie ceremonii, wszystko było dla nich jedynie przedstawieniem. Tadatomo stał z przodu, a za nimi Daitaro i Mappa, trzymający sztandary z symbolem gwiazdy.

-Spójrz na nich. Powierzchowne prosięta. Wykorzystują innych, skąpani w kosztownościach i luksusie, podczas gdy ich poddani cierpią. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich autodestrukcyjne zachowanie jest tak kuszące dla demonów. A ci na ulicach? Bydło żyjące w kłamstwie, ale nie zrobią nic, by to zmienić. Dlatego, nie trzymam niczyjej strony. Jeśli wszyscy żyją z myślą o sobie, to ten, kto zostanie ostatni będzie panem wszystkiego. Chociaż, nie miałbym nic przeciwko, gdybym mógł otoczyć się ludźmi takimi, jak ja, z podobnymi mocami i rozumiejącymi mnie. Ale wtedy mogłem jedynie dzielnie to znosić.- mówił Mappa. Yoh obserwował całą ceremonię uważnie. -Daitaro nie chciał nikogo skrzywdzić. Wykorzystał mnicha, którego Tadatomo strącił ze stołka Onmyouji. Mówił, że ten mnich co roku próbował zniszczyć ceremonię, więc chciał go wykorzystać, by się popisać. Umożliwił uwolnienie Chimimoryo, ale oczywiście, te tłuste prosiaki nie mogły ich zobaczyć, więc myśleli, że Daitaro chciał sabotować ceremonię. Nie wiedział jednak, że to on był wykorzystywany.- Yoh aż krzyknął, gdy po uwolnieniu Chimimoryo, Daitaro chciał je zaatakować, ale Tadamoto przebił go na wylot. Widział szok w oczach Mappy.

-Tadatomo był zbyt potężny, nie słyszałem jego myśli. Nie miałem pojęcia, że to był jego plan. Daitaro myślał, że to on wykorzystuje mnicha Doumo, by pokazać, co potrafi przed Tadatomoo, podczas gdy ci dwaj zmówili się, by wykorzystać jego i zrobić z niego ludzkiego Shikigami. Daitaro ufał i uwielbiał Tadatomo, a on go wykorzystał i zabił dla własnych celów, eksperymentów i pokazu mocy Onmyouji. Wykorzystali go, a on jedynie chciał być kochany.- Chimimoryo wchodziły do ciała Daitaro przez ranę, podczas gdy Tadatomo opowiadał wymyśloną historyjkę, kłamstwa, które miały przekonać Cesarza. Yoh zacisnął usta w wąską linię. Nie wiedział, na czym bardziej skupić wzrok, na wydarzeniach wokół, czy na wyrazie twarzy Mappy, tego w dole, stojącego obok mistrza i... przyjaciela. Tak, musiał go traktować jak przyjaciela, to co zrobił po chwili to potwierdziło. Z zapartym tchem, słuchawkowy obserwował jak Mappa zrywa się do ataku. Widział niedowierzanie, smutek, gniew i ból na jego twarzy.

-Daitaro cię podziwiał! Byłeś dla niego wszystkim! Jak mogłeś to zrobić?!- krzyczał, a Tadatomo jedynie uśmiechnął się, unieruchamiając ciało chłopca, po chwili tłumacząc to przenoszeniem energii demonów na papierowe laleczki. Mappa jednak wyrwał się z jego mocy, niestety nie na długo. Ponownie pojawiły się Zenki i Goki. Przewodnik Yoh obserwował jego reakcję, jak słuchawkowy wyraźnie cierpi patrząc na błagania dziecka w dole, bezsensowne próby wyrwania się, by uratować przyjaciela. Daitaro w końcu przemienił się w Shikigami, takiego, którego widzieli wszyscy. Tadamoto jednak nie mógł nacieszyć się tym widokiem. Zginął po chwili, zgnieciony przez swój własny twór, a Mappa został puszczony wolno. Rzucił się do przodu, ale ktoś go odciągał.

-To by Doumo. Mówił, że Tadatomo od początku to planował. Chciał, aby ten Shikigami rozpoczął wojnę, wybudził tych ludzi z iluzji, którą sami sobie stworzyli. Nie widzieli problemu w chorobach, biedocie, cierpieniu i śmierci, bo nie chcieli go widzieć. Odwracali od niego wzrok i mówili, że wszystko jest dobrze. Doumo chciał mnie wyszkolić, ale... Nie chciałem być taki jak on. To tworzyło błędne koło. Użyłem więc techniki Tadatomo i własnego zaklęcia, żeby zapanować nad Zenki i Goki i zaatakować ludzkie Shikigami.- Yoh obserwował nową walkę.

-Uważaj!- zawołał nim Daitaro przebił Mappę na wylot.

-Zenki i Goki mieli jedynie sprawdzić jak działają ataki Daitaro. Pochłonął ich energię, a potem pozwoliłem się przebić, by chłonął także wytworzone przeze mnie demony. To był jedyny sposób na uratowanie jego duszy.- powiedział. I rzeczywiście po chwili Oni chłopca wspinały się po ogromnym Shikigami, który je pochłaniał aż w końcu... Zniknął. A ciało jego przyjaciela spadło na ziemię, jeszcze po raz ostatni się uśmiechając.

Wszystko zniknęło i znów unosili się w pustce. Yoh powoli przeniósł na niego wzrok. Zastanawiał się, czemu Hao wybrał tą historię do tej księgi i dlaczego ją zamienił. Czy to dlatego, że pokazywał w niej swoje uczucia?

-Każdy człowiek żyje wyłącznie z myślą o sobie.- powiedział chłopiec, a kończąc to zdanie, przemienił się w dorosłego mężczyznę. Wielkiego Onmyouji. -Ten, kto w tym egoistycznym wyścigu wygra będzie panem wszystkiego. Musiałem podjąć tę walkę. By mieć pewność, że zaprowadzę porządek. Ludzie przestaną się ranić i wykorzystywać, udawać czyiś przyjaciół, by wbić im nóż w plecy, ponieważ nie będą widzieli w tych walkach sensu. Po co walczyć o władzę, jeśli władca jest tak silny, że z góry wiesz, że go nie pokonasz? A jeśli jest on dobry, to nawet nie przychodzi ci to do głowy. Ale moim celem nie jest rządzenie innymi niczym Cesarz, a panowanie nad samymi duszami. By nikt więcej nie przechodził tego, co przeszedłem ja.- mówił, a po chwili oboje znaleźli się na dziedzińcu świątyni. Tej samej, która teraz stała w ciemnościach, ukryta przed światem jako przekleństwo rodu Asakurów. Tylko że ta tętniła życiem. Świeciło słońce, po dworzu biegały dzieci, mnisi kierowali się w stronę bramy.

-Postanowiłem, że założę nowy ród. To będzie nowy początek. Razem uda nam się zapanować nad ludzką chciwością, egoizmem, pozbędziemy się tych, co wejdą nam w drogę, tych co będą knuli przeciw matce naturze i bliźnim.- mówił, po czym wyciągnął rękę w stronę Yoh. Zupełnie, jak w Cho-Senjiryakketsu, jasne światło zakończyło wizje, a po chwili wyszedł przez portal.

Korale powoli opadły na ziemię, a Anna podniosła się z podłogi, powoli zabierając je i zakładając z powrotem na szyję. Nie odzywała się, czekała aż Yoh wykona pierwszy ruch. Widziała już, że ta księga wywarła na nim większe wrażenie niż ta, którą wcześniej poznał. Szatyn po chwili odwrócił głowę w jej stronę. Zaciskał usta, choć podbródek i tak trząsł się delikatnie. Powoli zaczynał rozumieć podejście swojego brata. Chyba cieszył się, że wszystkie Księgi zostały spisane przed zmianą nazwiska na Asakura Hao, co oznaczało, że przed staniem się całkowicie złym. Obawiał się, że za to będzie odpowiadała właśnie rodzina. Zrozumiał już, że stracił matkę, a także dwójkę przyjaciół. Jako dziecko był świadkiem ludzkich okropności, a także po raz pierwszy zabił. Czuł w sercu ogromny ból, nawet nie zwrócił uwagi, jak bardzo wzrósł jego poziom furyoku.

-On naprawdę chciał inaczej tego dokonać. Najwyraźniej ludzie tamtych czasów nie dali mu wyboru.- powiedział w końcu Yoh.

======================

No tak, więc... Mocno wzorowałam się na historii opowiedzianej z Shaman King Zero, jeżeli ktoś chcę ją przeczytać to jest tutaj. Tak jak mówiłam, trochę wzoruję się na mandze, ale nie w pełni. Jedynie na kilku wydarzeniach z przeszłości, które mieszam ze swoimi pomysłami. Jak najbardziej chcę podkreślić to, jak Yoh poznaje przeszłość Hao, jest to ważne ponieważ będzie to miało na niego ogromny wpływ. Oczywiście jeszcze nie zna całej historii o śmierci Asanohy czy połączeniu z Ohachiyo. Całe opowiadanie najprawdopodobniej będzie miało "trzy sezony". Pierwszy będzie dość mroczny. Drugi przyjemniejszy i pewnie odrobinę wzruszający, a trzeci powinien upodobnić się atmosferą do anime. Zabawny i będzie się kręcił wokół Turnieju. Wszystko jednak może się zmienić wraz z pisaniem. Ale póki co, nieco mroczniejsze chwilę i powiem wam, że praca nad Yoh będzie dla mnie naprawdę ogromnym wyzwaniem. Ale to zobaczycie ;)

Dziękuję bardzo za komentarze, Aomori i Villemo! Bardzo dużo dla mnie znaczą <3 Aomori, zostało mi tylko kilka rozdziałów! W ostatniej notce zostawię ogólny komentarz co do całości, nie przepadam za pisaniem dłuższych wypowiedzi na telefonie, hahaha. Myślę, że w piątek będzie już w 100% nadrobione!

poniedziałek, 18 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Świątynia

Nikomu raczej nie sprawia przyjemności siedzenie w lodowato zimnej wodzie, nieustannie lejącej się prosto na głowę. Jednak na Yoh działało to niczym spray odkażający na ranę. Spowalniało jego gnające we wszystkich kierunkach myśli i opanowało niespokojne serce. Czuł, jakby ktoś go wyłączył. Nie myślał o niczym ani o przeszłości, ani przyszłości. Pod strumieniem spędził dobre kilka godzin, a skutki zaczął odczuwać dopiero po wyjściu. Wszystkie części ciała mu zdrętwiały z zimna, a po kilku sekundach zaczął szczękać zębami. Już czuł, że nieźle mu się oberwie za to zasiedzenie się. Miał tylko nadzieję, że pozwolą mu wejść do świątyni jeszcze dzisiaj.

-Wciąż nie jesteś wystarczająco skupiona, Tamao.- usłyszał głos dziadka jeszcze zanim wszedł na teren posiadłości. Yoh uśmiechnął się do siebie i cichutko zakradł się w stronę, z której dochodziły odgłosy ćwiczeń. Tamao, choć jakiś czas temu była pełna wątpliwości, dała się przekonać do powrotu do treningów, jej przyjaciele wierzyli w nią, więc nie mogła się poddać. Poprzedniego dnia młody Asakura nigdzie jej nie widział, domyślił się, że rodzina poprosiła ją, by dała mu chwilę dla siebie, więc teraz nie mógł się powstrzymać, by trochę nie podejrzeć. Wychylił się zza ściany, ale nie przyszło mu do głowy, że dziadek może stać tyłem do niego, a ona przodem. Różowowłosa widząc chłopaka, natychmiast się wyprostowała i niechcący machnęła ręką, przez co atak został skierowany w jeden z kwiatów, który natychmiast zajął się różowawym płomieniem. Dziewczyna pisnęła i zaczęła przepraszać, podczas gdy Yohmei ocalił roślinkę falą swojego furyoku. Nim się odwrócił, już słyszał chichot Yoh.

-No nareszcie, twoja matka już planowała wyciągnąć cię stamtąd siłą.- skomentował, a Tamao wciąż przepraszała z twarzą ciemniejszą od jej włosów. Yoh wyszczerzył się do obojga.

-Ile można, jeszcze trochę i przymarzłbym tam na zawsze.- stwierdził. -To ja jej w takim razie poszukam. Do zobaczenia później, powodzenia Tamao!- zawołał, machając im na pożegnanie.


Całe szczęście, pomimo długiego siedzenia pod strumieniem wodospadu, matka Yoh nie dała się długo prosić i wkrótce, po dwóch gorących herbatach i armii witamin dla układu immunologicznego, ruszyli przez całą posiadłość do części, w której nigdy nie był, znajdowała się pomiędzy dwoma wysokimi górami na tyłach posiadłości. Choć nie było jeszcze bardzo późno, to okolicę otaczał dziwny mrok, a sama atmosfera wyraźnie dowodziła, że było to miejsce, które klan Asakurów traktował jako przekleństwo i coś, czego nie chcieli puszczać na światło dzienne. Yoh zwolnił kroku, przechodząc przez Torii*. Poczuł się naprawdę bardzo dziwnie, jakby... już tu kiedyś był, choć był pewien, że rodzina nigdy nie dopuściła go do tego miejsca. Słyszał opis od Anny, stąd też wiedział, że ono istnieje, a także, że znajduje tu się więcej ksiąg, ale to nie powinno sprawiać, że będzie się czuł tak pewnie.

-To miejsce jest przesiąknięte dziwną energią.- mruknął Amidamaru, pojawiając się u boku swojego szamana.

-Tę świątynię stworzył sam Hao, ponad 1000 lat temu.- wyjaśniła Keiko, oglądając się za siebie, na swojego syna i jego stróża. Yoh przełknął głośno ślinę i powoli kierował się ścieżką za swoją rodzicielką, rozglądając się po okolicy. Wyobraźnia płatała mu figle, w głowie widział mnichów i innych duchownych, władców oraz zwykłych ludzi w starych tradycyjnych strojach, dzieci, może uczniowie, a może krewni odwiedzających jego przodka, może członkowie rodu. Część z nich widział jakby z boku, a część wpatrywała się w niego. Te obrazy w głowie udowadniały mu, że jest i będzie częścią Hao.

-Wszystko w porządku?- spytała Keiko stając w samym wejściu do głównego budynku. Zarówno drzwi, jak i lampiony po obu ich stronach miały symbol gwiazdy, Yoh już wiedział, że jest to odniesienie do pentagramu Wuxing [w polskiej wersji Gwiazda Jedności].

-Zastanawiam się jakim cudem nigdy się tu nie zakradłem.- odparł z rozbawieniem.

-Shikigami dziadka strzegły tego miejsca równie mocno, co ciebie samego.- odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. Teraz tego żałowała, gdyby sam się dowiedział, nie mieliby wyboru i musiałby poznać prawdę. -Gotowy?- chłopak kiwnął głową, a brunetka otworzyła przed nim drzwi.

Sala była dość duża i stosunkowo pusta, wszędzie, gdzie się dało widniał symbol gwiazdy. Drewniana posadzka wciąż miała ślady niegdysiejszych walk czy obrzędów. Na ścianach wisiały pojedyncze pergaminy, również oznaczone pentagramem. Na stołach pod ścianami, w równych odstępach od siebie leżały księgi i choć wyglądało to, jakby wystarczyło je podnieść i zacząć czytać, Yoh domyślał się, że to nie będzie takie proste. Na samym końcu pomieszczenia Yoh dostrzegł Butsudan**, nad którym królował stary obraz przedstawiający Wielkiego w jego pierwszej formie, takiej jak widział w Cho-Senjiryakketsu, a pod nim, za szkłem właśnie ta książka. Yoh zastanawiał się, dlaczego to właśnie ona była chroniona dodatkowym szkłem, a pozostałe nie. Jedyne co przychodziło mu do głowy to to, że pozostałe po prostu tej ochrony nie potrzebowały, albo dlatego, że nikt nie miał odwagi do nich zajrzeć albo, co potwierdzało jego przeczucia, one miały swoją własną ochronną moc.

-Tu cię zostawię, Yoh. Te księgi po bokach, to właśnie te, których nikt nigdy nie czytał. Nie siedź tu do późna, masz tyle dni, ile tylko będziesz chciał i proszę, bądź ostrożny.- powiedziała. Chłopak kiwnął głową, po czym odczekał chwilę, aż będzie miał pewność, że matka oddali się wystarczająco. Powoli podszedł do podwyższenia i wspiął się na relikwiarz, przyglądając się twarzy swojego przodka. W porównaniu do wspomnienia sprzed 500 lat, gdy ten odrobił się w plemieniu Patch, ten zdecydowanie wyglądał jak jego starszy brat. Przez myśli Yoh nawet przeszło, że w przyszłości właśnie tak będzie wyglądał. To nie Hao był podobny do Yoh, a on do niego. Młody Asakura odepchnął od siebie myśl, że jest jedynie bezużyteczną pomyłką. Nie może tak o sobie myśleć, przecież nie jest głupi i wie, ile znaczy i ile zrobił dla innych. Nie może sobie wmawiać, że jest inaczej, jeśli nie tak dawno cały świat szamański, a przynajmniej część obecna w Patch oddała mu swoje furyoku, zawierzając mu całkowicie. Jedynie sam Hao miał prawo uznawać go za bezużytecznego, ale też nie w sposób, którego się obawiał. Księga za szkłem zadrżała lekko, a Yoh przeniósł na nią wzrok.

-Nie tym razem, ciebie już znam.- mruknął, po czym odwrócił się i zszedł z podestu, spoglądając po kolekcji sześciu ksiąg. -Jak myślisz, Amidamaru, o co chodzi z tymi księgami i jak bardzo niebezpieczne będą?- spytał Yoh, przyglądając się każdej po kolei.

-Nie mam pojęcia, Yoh-dono. Ale musisz być bardzo ostrożny. Wyczuwam ogromne pokłady energii szamańskiej, a same księgi chronią potężne zaklęcia.- mruknął.

-No cóż, nie przekonamy się, póki nie sprawdzimy.- powiedział, po czym sięgnął po pierwszą książkę. Nic się nie stało. Słuchawkowy stał nieruchomo, nasłuchując uważnie. Powoli otworzył książkę i natychmiast ją upuścił z głośnym sykiem. Jego wzrok padł na dłonie, na których powoli zaczęły pojawiać się zaczerwienienia i bąble. Takie jak po oparzeniach. A więc jednak coś je chroniło. Co bardziej go zdziwiło, Amidamaru nie zareagował. Podniósł głowę i dopiero po chwili zorientował się, że jego stróż gdzieś zniknął.

-Witaj.- usłyszał za sobą. Natychmiast się odwrócił, a jego wzrok napotkał spojrzenie Wielkiego, stał przed nim, jak gdyby nic. Niczym żywy.

-Ty jesteś...- zaczął, nie wiedząc, jak się do niego zwrócić. Wielki uśmiechnął się lekko, w jego oczach nie było nienawiści, jedynie ciekawość.

-Przecież doskonale wiesz, mój bracie.- stwierdziła postać.

-Ty... Ty mnie znasz? To znaczy, wiesz, kim jestem?- nie wiedział, jak ma zadać to pytanie, na szczęście on zrozumiał.

-Nie.- odparł z lekkim uśmiechem, przymykając oczy, tak jak i Yoh miał to w zwyczaju. -Byłem ciekaw twej reakcji. Nie, nie wiem, kim dokładnie jesteś. Jestem tu, ponieważ przełamałeś pieczęć moich ksiąg, a także przyprowadziłeś ze sobą swego stróża, który wspaniałomyślnie, a raczej nie mając wyboru, udzielił mi na krótko swojej postaci, bym mógł się z tobą spotkać.- wyjaśnił.

-W takim razie, skąd wiedziałeś, że jestem twoim bratem?- zapytał Yoh.

-Domyśliłem się.- odparł, lecz widząc minę młodszego Asakury, zaśmiał się dziwnie serdecznie. -Moje wspomnienia i wiedza kończą się wraz z dniem, w którym zostałem stworzony.-

-Jesteś strażnikiem jakieś pieczęci?- spytał słuchawkowy, a mężczyzna kiwnął głową. -Ale to dalej nie wyjaśnia, skąd wiesz, kim jestem.-

-Czy domyślasz się, czym są te księgi?- Yoh spojrzał na każdą z nich, a następnie na swoje poparzone dłonie i na księgę leżącą na podłodze.

-Wuxing...- powiedział cicho.

-Zgadza się. Każda z tych ksiąg opisuje drogę, jaką pokonałem, by opanować każdy z punktów pentagramu. Ogień.- wskazał na tę leżącą na podłodze, a następnie na jej sąsiadujące -Ziemia i Woda. Tam zaś...- wskazał na pozostałe trzy -Powietrze, Świat Duchowy oraz Księga Szamanów.- powiedział, na to ostatnie Yoh spojrzał na niego gwałtownie.

-Cho-Senjiryakketsu? Ale przecież.... Ona leży tam.- zawołał, wskazując na gablotę. Duch pieczęci spojrzał w tamtą stronę.

-Ta księga nie istniała przede mną. Musiałem ją spisać później.- odpowiedział i znów zwrócił się w stronę Yoh. - Stworzyłem pieczęć niewiele po opanowaniu wszystkich pięciu elementów. Moc i wiedza, zawarte w tych księgach jest tak ogromna i piękna, jak i niebezpieczna. Wiedziałem, że w strachu przede mną, inni mogą chcieć mnie zniszczyć. Będą chcieli stać się tak potężni, by móc się ze mną równać. Nie mogłem do tego dopuścić. Taka moc w niepowołanych rękach mogłaby doprowadzić do zagłady wszystkiego, co żywe.- wyjaśniał. Yoh słuchał jego słów z niedowierzaniem. Starał się ukrywać szok, w którym tkwił. Czy to właśnie taki był jego przodek, zanim w jakiś sposób zszedł na złą drogę? -Stworzyłem więc potężne zaklęcia i pieczęć, by chronić tę wiedzę. Każdego, komu przyjdzie przez myśl podniesienie którejkolwiek z ksiąg, przeszywa nieokiełznany strach. Zmierzenie się z nim jest niemalże niemożliwe, im bliżej do podjęcia decyzji o przejrzeniu zawartości, tym silniejszy strach. Jeśli pomimo to, ktoś po nie sięgnie, miał odbyć walkę ze mną. Uznałem jednak, że nie wiem, jakie zdolności mogą rozwijać się w przyszłości, więc dodatkowo zabezpieczyłem je zaklęciami, mającymi poddać każdego, kto je dotknie, a nie opanował konkretnych elementów, próbom. Bolesnym. - wyjaśniła postać, powoli przemieszczając się wzdłuż stołu. -Zaklęcia miały być wystarczające, by nikt nie był w stanie otworzyć ksiąg, oprócz mnie.-

-To wciąż nie wyjaśnia, skąd wiesz, kim jestem.- stwierdził Yoh.

-Wyjaśnia.- mężczyzna znów zwrócił się w jego stronę. -Nie wyczuwasz strachu, ja również nie mogę cię zaatakować. Zostałeś jednak poparzony przez Księgę Ognia, co oznacza, że nie masz opanowanych pięciu elementów Wuxing. Nie możesz być mną, ale też nie jesteś zwykłym Douji. Wnioskuję więc, że odradzając się, rozdzieliłem duszę na dwie części, a ty jesteś drugą połową. W takim wypadku musisz być moim bratem. Posiadając część mojej duszy, nie odczuwasz strachu, a ja obowiązku zaatakowania cię.- Hao wyjaśnił w lekkim politowaniem. To miało sens, nawet ogromny. -Czas na moje pytanie, co tu robisz?-

-Ja... Ty naprawdę nie wiesz co się z tobą działo po stworzeniu pieczęci?- zapytał Yoh, bojąc się opowiadać całą historię.

-Cóż. Przeczuwałem, że chcą mnie zniszczyć. Obawiano się mnie, przez moją potęgę i to, jak chroniłem swoje tajemnice. Nie ufano mi, choć ja robiłem wszystko, aby pomagać innym. Czułem, że niedługo stanie się coś, co nie powinno nigdy mieć miejsca. Domyślam się, że to się wydarzyło, nie wiem, jak długo po stworzeniu tych ksiąg.-

-Myślę, że bardzo długo. Mówisz, że powstałeś niewiele po opanowaniu Wuxing, zamordowany zostałeś znacznie później przez ród Asakurów.- wyjaśnił Yoh i mógł przysiąc, że na ostatnie słowo, duch pieczęci zareagował. Przez chwilę był pewien, że widzi zaskoczenie, jednak zaraz ustąpiło poprzedniemu wyrazowi twarzy.

-Jak się zwiesz?-

-Asakura... Yoh.- odpowiedział, a mężczyzna uśmiechnął się delikatnie.

-Nazywam się Douji Asaha. Klan Asakura to ród, który planowałem stworzyć. Tego dnia, gdy zdecydowałem się zakląć księgi, podjąłem również decyzję o założeniu nowego rodu. Najwyraźniej to zrobiłem, a ty znasz mnie pod imieniem Asakura Hao.- duch uśmiechnął się, gdy słuchawkowy kiwnął głową. Szok to zbyt delikatne słowo. A więc Hao nie tylko nadał rodzinie znaczenia, ale całkowicie ją stworzył, a sam nie nazywał się tak od zawsze.

-Dlaczego tu jesteś, Yoh? Co cię sprowadza do tych ksiąg? Powiedziałeś, że twój ród mnie zamordował, ale znacznie później, więc co ty tutaj robisz?- spytał.

-Jestem połową twojej duszy z trzeciego wcielenia. Nasz ród... popełnił wiele błędów i teraz chciałbym je naprawić, ale do tego potrzebuję cię zrozumieć. Pomożesz mi?-

Duch wpatrywał się w niego w ciszy przez chwilę, nim pokręcił głową.

-Chcesz mnie poznać, Yoh, a w tym ci nie pomogę. Jedyne, co mogę zrobić, to poradzić ci kolejność czytania ksiąg. Zacznij od Księgi Szamanów, ta jako jedyna nie podda cię wymagającemu testowi, ale wiedza i moc, które posiądziesz dadzą ci umiejętności wymagane, by sprostać próbom pozostałych ksiąg. Następnie Księga Ziemi, jest najłatwiejsza i najsłabsza. Księga Powietrza, znacznie trudniejsza, ale opanowanie tego żywiołu umożliwi ci przetrwanie testu Wody, a ta testu Ognia. Jako ostatnia jest Księga Duchowa. Każda z tych Ksiąg może cię zabić i do każdej będziesz potrzebował portalu. Nic ci nie da czytanie znaków. Opanowanie umiejętności zawartych w księgach nie oznacza, że opanujesz Wuxing. Zbliży cię to do natury i ułatwi osiągnięcie tego, co ja. A to powinno ci szanse na poznanie mnie.- rzekł, nim jego postać zaczęło blaknąć. -Mój czas się kończy, Yoh...-

-Zaczekaj. Czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie?- spytał, a mężczyzna kiwnął głową. -Jakie jest twoje podejście do ludzkości?-

Przez chwilę milczeli, postać wciąż znikała, a mgła w kształcie Amidamaru ją zastępowała.

-Mam swoje powody, by większości z nich nienawidzić.- odparł jedynie, zanim całkowicie zniknął.

-Czekaj!- zawołał Yoh, ale było już za późno. Amidamaru natomiast spojrzał na niego zaskoczony.

-Yoh-dono?- spytał, ale szaman pokręcił tylko głową i rozejrzał się po pomieszczeniu. To nie do końca tak miało wyglądać. Yoh chciał jedynie poznać bliżej poznać swojego brata, a nie jedynie opanowywać te same moce, które niegdyś on. Zajął miejsce na podłodze pod ścianą, po czym w końcu opowiedział Amidamaru o całym zajściu.

-Co zamierzasz zrobić?- spytał w końcu jego stróż.

-Cóż, mam okazję poznać Hao od strony, której nie zna nikt. A jeżeli mam wygrać Turniej Szamanów, muszę stać się silniejszy.- odparł spokojnie szatyn, wpatrując się w stół gdzie leżała pierwsza z ksiąg. -Ale najpierw muszę sprowadzić tu Annę i jej korale.- dodał z rozbawieniem, choć po cichu miał nadzieję, że blondynka nie będzie stawiała oporów, ani też nie dowali mu treningami.


Myślał, że będzie miał na to kilka dni. Najwyraźniej nie docenił swojej rodziny, która już spodziewała się, że pomoc Anny będzie konieczna.

-Wróciłem! Cześć Anna.... Huh? Chwila. Anna?!-

*Torii - główna brama świątyni
**Butsudan - japoński ołtarz-relikwiarz
=========================
No i to by było na tyle! Myślę, że następny rozdział dodam w środę, ale to zależy! Wiele się będzie teraz działo. Czasami będę wzorować się na niektórych wydarzeniach z mangi, ale tylko czasami. Niezmienne pozostają wydarzenia z anime, natomiast i ta część i następne mocno wchodzą w przeszłość Hao, a ta będzie się różniła od oryginału z mangi.

sobota, 16 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Koszmar

-A więc zdecydowałeś. Posłuchałeś innych.- rozbrzmiał głos. Yoh otworzył oczy, przekonany, że za chwilę ujrzy sufit swojego pokoju, chciał podnieść się do siadu, lecz on już był w pozycji pionowej. Lewitował w ciemnej pustce, a przed nim nie było ani spodziewanego sufity, ani ścian. Tylko jakieś jasno szare nici, tworzące coś w rodzaju dziwnych połączeń. Widział to już, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie.

-Kiedyś nie zważałeś na to, co mówią inni.- usłyszał ponownie, tym razem jakby zza siebie. Odwrócił się gwałtownie, lecz jedyne co ujrzał to dwie dziwne kolumny, między tymi połączeniami, jakby wtyczki. Wyciągnięte do siebie, jakby powinny być połączone. Yoh przełknął głośno ślinę, a echo tego dźwięku rozniosło się po przestrzeni kilkukrotnie. -Mówili ci o Amidamaru, uparłeś się.- znów zza niego, ale tym razem ujrzał coś, na kształt bramy. -Mówili ci o Tokageroh, zaufałeś mu choć nawet Itako nie wyczuła dobrych zamiarów ducha.- głos nawiedzał go nieustannie, czasem przerywając poprzednie zdanie, za każdym zza niego lub z boku. Ale nikogo tam nie było. Yoh odwracał się próbując dostrzec tego, kto wypowiadał te bolesne zdania.

-Mówi o HoroHoro, nie wierzyłeś.-

-Mówili o Renie, uratowałeś go i zaprzyjaźniłeś się z nim.-

-Mówili o Fauście, wybaczyłeś mu.-

-Mówili o Lysergu, dawałeś mu szansę jedną za drugą.-

-Mówili o Borisie, próbowałeś go ocalić.-

-Ale gdy powiedzieli o mnie....- 

Tym razem, gdy Yoh się odwrócił w panelu widoczna była postać jego brata. Peleryna, odrzucona do tyłu, włosy potargane, oczy zamknięte.

-Hao...-

-Posłuchałeś. Nie próbowałeś ze mną rozmawiać. Wierzyłeś, że nikt nie jest w pełni zły, a jednak skreśliłeś mnie.- mówił głos, choć Hao nie poruszał ustami. Yoh uznałby, że to przekaz telepatyczny, ale dźwięk roznosił się po otchłani, w której się znajdował. -Nie chciałeś mnie zrozumieć, nie chciałeś zaoferować mi innej drogi, nie próbowałeś traktować mnie z dobrocią, z której jesteś znany. Po prostu uwierzyłeś. I tyle.- mówił. Młodszy Asakura, choć lewitował, czuł, że się trzęsie. Ciepłe łzy zebrały się w oczach, a gdy poleciały, zaczęły unosić się do góry, zamiast opadać w dół. Odgonił je dłonią.

-Co w ciebie wstąpiło, Yoh? Zabiłeś mnie.- głos znów przemówił, a Hao otworzył oczy. Były puste, nie miał tęczówek, ani źrenic. Od czubka głowy w dół twarzy i dalej, do szyi, klatki piersiowej, zaczęła przechodzić czerwona kreska. W pierwszej chwili Yoh myślał, że to blizna po jego ataku, ale wtedy kreska okazała się być otwartą raną, a krew sączyła się niej, powoli zalewając twarz starszego i jego ciało. -Zabiłeś.- to słowo wypowiadało kilka głosów na raz, najpierw tylko jego, a później inne, jedne dobrze mu znane, inne całkowicie obce, wszystkie wypowiadały to słowo z wyrzutem. Nagle te same głosy nie tylko słyszał uszami, ale również w głowie.

Ogromny ból przeszył go wzdłuż ciała. Zamknął oczy, a gdy znów je otworzył, obok Hao był też on sam i wyglądał dokładnie tak samo. 

-Zabiłem cię.- powiedziało jego odbicie. Zamknął oczy gwałtownie, pochylił się i schował głowę w dłoniach, czując ten ogromny ból rany przechodzącej przez jego ciało nim wrzasnął.

I to jego własny wrzask wybudził go ze snu.

-Yoh-dono!- Amidamaru natychmiast się zmaterializował obok swojego szamana, a chwilę później również liściaste duszki, najpewniej wysłane przez Yohmei. Amidamaru wpatrywał się w Yoh z zaskoczeniem, przecież zawsze widać było gdy miał zły sen, a teraz nic tego nie zapowiadało. -Yoh, wszystko dobrze, to tylko zły sen.- próbował go uspokoić, gdy szatyn siedział na łóżku i łapał powietrze, nie było łez, jedynie miał ogromne trudności ze złapaniem oddechu. Po chwili do pokoju wpadła Keiko.

-Synku, co się stało?- natychmiast chwyciła Yoh w swoje ramiona i przytuliła. Nieco to pomogło, oddech chłopaka z chaotycznego i desperackiego zmienił się po prostu w szybki, można powiedzieć podwójny, ale nie odpowiadał, więc matka chłopca spojrzała pytająco na stróża.

-Przepraszam, Asakura-sama. Czuwałem nad nim, ale nie zauważyłem by miał zły sen, zwykle go wybudzam z takich, ale tym razem nie było śladu.- powiedział duch, miał do siebie pretensję, może coś przegapił. 

Yohmei spojrzał na Kino, która bez słowa skierowała się w stronę kuchni by przygotować jeden ze swoich magicznych, uspokajających naparów. Mikihisa stał oparty plecami o ścianę korytarza. Maska przysłaniała jego twarz, ale najstarszy z rodu wiedział, że obwinia się i żałuje. Nie trzeba było pytać Yoh, wszyscy wiedzieli kto mu się śnił.

-Muszę... muszę to naprawić...- wymamrotał w końcu Yoh. Keiko uciszyła go i delikatnie głaskała po włosach dopóki Kino nie przyniosła naparu. I choć był gorzki i bardzo ziołowy, Yoh bez słowa sprzeciwu wypił go do dna, niemal natychmiast czując ulgę. W pokoju została tylko jego matka i czekała aż chłopak zaśnie, by przykryć go kołdrą i po cichu opuścić jego pokój. Mikihisa czekał na nią na zewnątrz.

-Nie przypominam sobie by Yoh kiedykolwiek tak zareagował na koszmar.- mruknął mężczyzna.

-Bo tak nigdy nie było. Nawet w dzieciństwie, gdy miewał koszmary budził się po cichu i przychodził, albo dopiero rano mówił, że miał jeśli zauważyliśmy cienie pod oczami. To pierwszy raz.- odparła troskliwie.

-Jesteś pewna, że powinien wchodzić do świątyni Wielkiego? Yoh jest bardzo słaby psychicznie. A co jeżeli księgi Hao wpłyną na jego postrzeganie świata?- spytał.

-Nie wpłyną. Yoh chce dowiedzieć się co raniło Hao, jakie były jego wizje, czego się obawiał i co chciał osiągnąć, a potem znaleźć na to inny sposób niż wybicie ludzkości. Chce stać się potężniejszy by wygrać Turniej w swoim i jego imieniu, a potem ocalić i planetę i ludzkość. Kto jak kto, ale Yoh nigdy nie skrzywdzi człowieka. Dobrze o tym wiesz.-

-To wciąż bardzo niebezpieczne. Nikt tych ksiąg nie przeglądał..-

-I może tu był nasz błąd i klucz do wszystkiego.- Keiko mu przerwała. -Może już dawno powinniśmy to zrobić. Hao odradza się kiedy tylko chce. I tak będzie zawsze. Nie jesteśmy w stanie odebrać mu jego mocy, tak już jest i on zawsze będzie częścią naszej rodziny. Asakurowie mogą go zabijać w nieskończoność, ale nigdy go nie pokonają. Może to jest klucz do tego wszystkiego. Nie pokonać, a zrozumieć i pomóc mu wyjść z myślenia, w którym utknął tysiąc lat temu. Yoh był jedyną szansą by tego dokonać. Do końca wierzyłam, że da radę. Nie udało mu się ocalić Hao, ale może uda mu się osiągnąć coś, czego nikt wcześniej nie spróbował. Połączyć marzenie Wielkiego z ocaleniem niewinnych istnień. Tylko Yoh może to zrobić, bo tylko on ma w sobie tą siłę.- broniła decyzji syna.

-Skąd pomysł, że Hao to doceni. Musiałaby być w nim odrobina dobra.-

-A pamiętasz, czym jest Yoh? Dusza Yoh, to połowa duszy Hao. Jedna dusza rozdzielona na dwa, ta jedna pozostała z jaźnią Hao, a druga stworzyła nową. Yoh jest częścią Hao, jego dusza, jaźń i osobowość, choć stała się jego własną, jest częścią Hao. Jeśli Yoh potrafi być taki, jaki jest, to znaczy, że w Hao też to gdzieś siedzi.- powiedziała. Sama nie zdawała sobie sprawy z tego, jak blisko prawdy była i ile to dało do myślenia Mikihisie. Ta umiejętność wykrywania dobra tam, gdzie nikt się go nie spodziewał. Czyżby to był malutki zalążek Reishi? Który rozwinął się w ten sposób, dając Yoh możliwość trafienia do każdego człowieka, zagubionego w gniewie i nienawiści. Cóż, na pewno nie było to Reishi takie, jakie jest znane, ale kto wie, może rzeczywiście była to część mocy Hao, która w nim zgasła, przykryta negatywnymi aspektami czytania w umysłach i sercach.

-Mhm. Ale niech pójdzie nad wodospad i oczyści umysł, zanim wejdzie do jaskini lwa.- odparł w końcu ojciec bliźniąt. 


Następnego dnia Yoh zszedł na śniadanie, witając się z rodziną szerokim uśmiechem. Rodzina nie wiedziała co powiedzieć. Nie miał podkrążonych oczu, nie wydawał się być przytłoczony myślami czy przybity wspomnieniami koszmaru. Tak jakby w nocy nic się nie wydarzyło. Śmiał się, gadał, jadł szybko i dużo jak nakręcony. Był pełen energii i gotowości do pracy. Ani dziadkowie, ani rodzice nie wiedzieli jak się zachować. Spytać jak się czuje? A co, jeśli to go przybije? Woleli nie ryzykować. Choć z drugiej strony, tłumienie w sobie uczuć też nie jest najlepszym pomysłem.

Yoh oczywiście przeżywał koszmar ostatniej nocy. Na szczęście, ziółka babci Kino go uspokoiły i ululały do snu jak niemowlę. Nic więcej mu się nie śniło, a rano obudził się świeży i wypoczęty. A myśl, że za chwile wprowadzi do życia swój plan pod tytułem "Jak naprawić świat tak, by nie zabijać, ale żeby Hao był zadowolony", dodawała mu energii. Starał się nie myśleć o swojej winie, którą ponosił w tej sytuacji.

-Yoh, zanim zabiorę cię do komnaty, chcielibyśmy żebyś udał się nad wodospad i oczyścił swój umysł. Nie wiemy, co czeka w księgach Wielkiego.- umyślnie omijali jego imię. Woleli nie wywoływać żadnych wyrzutów samym jego wydźwiękiem.

Nie dyskutował, ba, sam chciał to zrobić. Po śniadaniu natychmiast udał się nad lodowaty wodospad. Wiedział, że tego potrzebuje, domyślał się, że będzie musiał stawić czoła okropnym pokusom, manipulacji i zachęcie swojego przodka. Jeśli w Cho-Senjiryakettsu czaiło się niebezpieczeństwo, to w księgach nikomu nie znanych mogło być tylko gorzej.

=============================

To tyle na dziś. Krócej, głównie dlatego, że muszę już wychodzić z domu i wracam w poniedziałek, ale w przyszłym tygodniu myślę, że dodam więcej części, urlop piękna sprawa. Poza tym myślę, że zakończyłam w dobrym momencie. Aomori, mogę Ci zdradzić, że po dłuższych przemyśleniach, jednak muszę sprowadzić Annę do Izumo, więc będzie ich więcej ;) Dopiero się zorientowałam, że miałam zablokowane komentowanie bez logowania. Odblokowałam!

wtorek, 12 maja 2020

Shaman King; One-Shot: Urodziny

Bądźmy szczerzy, Yoh dopiero od niedawna miał przyjaciół. Odkąd przeprowadził się do Tokio, a od tego czasu nie minął nawet rok. Mieszkając w Izumo był raczej skazany na samotność. Inne dzieci albo go unikały z własnej bądź przymuszonej woli, a jeszcze inne znęcały się nad nim. Jedynie duchy były mi bliskie i to właśnie to powodowało niechęć rówieśników. W końcu, kto chciałby się przyjaźnić z dzieciakiem, który gada do wymyślonych przyjaciół. Nikogo więc nie powinno dziwić, że chłopak nie przywiązywał zbytniej uwagi do dnia, jakim był 12 maja, jego urodziny. Dzień jak co dzień, jeśli ktoś złożył mu życzenia, uprzejmie dziękował, jeśli nie, nie ruszało go to. Wciąż chodził uśmiechnięty i zachowywał się, jakby nic się nie działo. Bo nie działo.

Dziś były jego 15 urodziny. Tak jak się spodziewał, nie działo się nic z tym związanego, nikt nie złożył mu życzeń, prócz Amidamaru z samego rana, wcale go to nie dziwiło, o ile dobrze pamiętał, nikomu nie mówił, kiedy się urodził. Wszystko po staremu. To tylko jeden rok więcej. Nic niezwykłego. Prócz tego, że dziś cały świat się na niego uwziął.

Amidamaru, w postaci prezentu urodzinowego postanowił obudzić go przed Anną, która z jakiegoś powodu zerwała go na równe nogi znacznie wcześniej.

-Nie z jakiegoś, Yoh. Dzisiaj macie walkę, przed wami walczy Team X-I, Ryu upiera się, by iść zobaczyć, a po was Hoshi-gumi. Nie ma dzisiaj czasu na leżakowanie. Wstawaj i natychmiast na trening! Dzisiaj tylko 5 kilometrów, pół godziny krzesełka 100 pompek i 100 przysiadów. Przed walką nie powinieneś się aż tak przemęczać.- powiedziała tonem nieznoszącym nawet najmniejszego sprzeciwu. Gdy wyszła, posłał Amidamaru obolałe spojrzenie.

-Yoh-dono.....- wymamrotał samuraj współczującym tonem. Niestety, nikt nie mógł z Anną dyskutować, dlatego bez większego ociągania się podniósł się i udał na trening.

Jak na złość, pomiędzy treningiem a walkami nie znalazł się ani moment, by udać się do knajpy, w której zwykle jedli posiłki. A szkoda, Yoh wiedział, że rano zmianę miał Karim, a Silva po walce Funbari Onsen. Po cichu liczył, że plemię Strażników wie co nieco o uczestnikach walk i uda mu się naciągnąć najpierw jednego, a potem drugiego na darmowe cheesburgery. Tak, w prezencie.

Niestety, musiał obejść się smakiem i pocieszyć owsianką na śniadanie i miską ryżu na stadionie po swojej walce. Niesamowicie trudnej walce, ponieważ Mikihisa znów zabronił im używać Wielkiej Kontroli Ducha. Co prawda, od walki z Trójką Oceanu wiele się nauczyli, ale wciąż było to... niewykonalne. Zawiedziony nastolatek podjął decyzję o użyciu Wielkiej Kontroli Ducha i w kilka sekund pokonali swojego przeciwnika.

Jeżeli wczesna pobudka, trening, walka drużyny Lyserga, która pozostawiła po sobie niesmak, konfrontacja z zielonowłosym ("czy nie uważasz, że takie postępowanie raczej przybliża was do Hao, niż się mu przeciwstawia?"), kilka potężnych kopniaków od przeciwników i pokonanie ich w sposób, którego mieli nie używać, brak porządnego posiłku, nie mówiąc już o niespełnionych marzeniach o darmowych cheeseburgerach, były niewystarczające do uznania tego dnia za koszmar, to wychodząc ze stadionowej knajpy, musiał oczywiście wpaść na swojego bliźniaka.

-Twoja walka była bardzo rozczarowująca.- powiedział lekko przemądrzałym tonem Hao.

-Taaak, mnie też miło cię widzieć.- mruknął Yoh.

-Mikihisa najwyraźniej nie sprawdza się w roli nauczyciela, jeśli do tej pory nie nauczył was innych metod walki. Z takimi umiejętnościami nie dojdziecie nawet do ćwierćfinałów Turnieju. Musisz być silniejszy, Yoh.- kontynuował starszy z braci.

-Wiesz, jakoś nigdy nie zauważyłem, żebyś sam używał innych metod. Każdego przeciwnika podpalasz, więc nie dziwne, że wygrywasz. Chciałbym zobaczyć, jak walczysz naprawdę.- mruknął Yoh, patrząc bratu w oczy. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Prawie cała kawiarnia zamarła. Tylko Yoh miał wystarczającą odwagę, by nagadać Hao. Pewnie dlatego, że wiedział, że jest mu potrzebny, więc wspomniane podpalenie mu nie groziło.

-Mistrz Hao nie musi nic udowadniać! Mistrz Hao po prostu nie marnuje czasu i energii na tych słabeuszy.- zapiszczała Opacho.

-Aha, czyli potwierdzasz, że "Mistrz" Hao idzie na łatwiznę.- mruknął Yoh, uśmiechając się szeroko.

-Jak śmiesz mówić w ten...- zaczął Luchist, ale Hao im przerwał.

-W porządku. Niech będzie. Skoro tak bardzo prosisz, zademonstruję ci, jak powinno się walczyć. Rodziny tych szamanów na pewno będą ci wdzięczne, a miałem dziś wyjątkowo dobry humor, by kogoś oszczędzić.- powiedział długowłosy, uśmiechając się złośliwie, po czym wyminął brata.

-Taa, jasne.- mruknął Ren, gdy Hoshi-gumi w końcu się oddaliło.


Jak powiedział, tak zrobił. Asakura Hao nie rzucał słów na wiatr. Duch Ognia pojawił się na arenie jedynie na kilka sekund. Starszy Asakura spojrzał w stronę swojego bliźniaka, a jego głos rozbrzmiał mu w głowie "Patrz i ucz się, braciszku."

Duch Ognia nagle zaczął się rozpływać, tworząc wirującą, ognistą łunę, która otoczyła ramię Hao, po chwili w jego dłoni pojawił się płomienny miecz. To, że Hao naprawdę miał zamiar walczyć, zaskoczyło szamanów do tego stopnia, że nie zauważyli, jak miecz skrócił się o dobre kilka metrów, ale Yoh to dostrzegł. A więc o to chodziło? O skumulowanie tej samej ilości energii w mniejszej broni?

"Właśnie tak." Głos bliźniaka znów nawiedził jego myśli, nim ten ruszył do walki. No i tak, po kilku sekundach, choć Hao nie używał swej standardowej kontroli ducha, przeciwnicy Hoshi-gumi leżeli poranieni i poparzeni na ziemi, pozbawieni furyoku. Długowłosy zwrócił swój wzrok w stronę Yoh, uśmiechając się przy tym zarozumiale i triumfalnie. Chciał wiedzieć, o czym myśli młodszy więc ponownie skupił Reishi na jego osobie.

"Proszę, nie zabijaj ich, chociaż dzisiaj. Dzisiaj zrób ten jeden wyjątek. Nie zabijaj ich. Proszę." Powtarzał słuchawkowy. Hao zorientował się, że Yoh miał przy tym minę tak cholernie śmieszną, że starszy nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu pełnego politowania. Yoh wyglądał jak dziecko, które usilnie próbowało siłą umysłu poruszyć przedmiotem, wargi lekko wygięte ku dołowi, policzki nieznacznie nadęte i te zmarszczone brwi w połączeniu z intensywnym spojrzeniem. Hao domyślał się, że Yoh próbował przebić się przez szum innych myśli, by dotrzeć do jego głowy. A to, że jego uśmiech go zdradzał, spowodowało jeszcze większy upór wypisany na twarzy młodszego. W końcu peleryna starszego opadła i przewalając oczami, jakby mówiąc "niech ci będzie", odwrócił się... darując życie pokonanym szamanom. Gdy tylko się od nich odsunął, sędzia ogłosił zwycięstwo Hoshi-gumi, z niemałym zaskoczeniem, a medycy niepewnie wbiegli na arenę.

-Stary, normalnie nie wierzę, że darował im życie!- zawołał Horo Horo.

-Będzie ogień w odb....- zaczął Chocolove, ale w ostatniej chwili Guan-dao znalazło się przed jego nosem i komik nie zdążył dokończyć swojego żartu.

-No właśnie, to dziwne, zwłaszcza po tym, jak odgrażał się Mistrzowi Yoh.- wtrącił Ryu, ignorując kłótnię The Ren.

-Ah, właśnie, Yoh, zapomniałabym. Skocz z Mantą do sklepu, kończą nam się zapasy.- powiedziała Anna. No tak, to nie mógł być jeszcze koniec dnia. Asakura westchnął i bez sprzeciwu skierował się z małym przyjacielem w stronę sklepu.

Zupełnie się nie spodziewał, że to było zaplanowane. Podczas gdy on i Manta robili zakupy, cała grupa przyjaciół szykowała przyjęcie niespodziankę. Faust pobiegł szybko do knajpy i razem z Silvą zabrali sporą porcję cheeseburgerów, podczas gdy Ryu, Tamara i Jun zajęli się przygotowywaniem czekoladowego tortu przełożonego dżemem truskawkowym i mandarynkową pianką, nadając mu postać cheeseburgera. Na stole zebrali wszystkie prezenty, a Horo Horo i Chocolove zajęli się wieszaniem urodzinowego banera. Manta specjalnie przedłużał spacer, czekając na znak przekazywany pocztą pantoflową, a mianowicie, Tokageroh dał znać Basonowi, a Bason Amidamaru i dopiero gdy samuraj się pojawił mógł zacząć naprowadzać Yoh na powrót do domu.

-NIESPODZIANKA!!!- wrzasnęli chłopcy, gdy tylko drzwi się otworzyły. Asakura zamrugał oczami z niedowierzaniem. A więc jednak. Po chwili uśmiechnął się szeroko.

-Hehehe, dzięki wszystkim! Nie musieliście.- powiedział z naprawdę szczęśliwym uśmiechem. Nigdy się nie spodziewał, że jednak będzie miał prawdziwe urodziny.

Najpierw wszyscy po kolei złożyli mu życzenia, a później nadszedł czas na jedzenie. Chyba wszyscy żałowali, że nie zrobili Yoh zdjęcia, gdy ten zobaczył górę cheeseburgerów, obok tortu w kształcie cheeseburgera. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

-Prezent ode mnie i Karima.- powiedział Silva, gdy krewniak spojrzał na niego ze łzami uwielbienia. Jak pysznie wyglądały, tak też smakowały. Po pochłonięciu większości z nich, oczywiście, wspólnymi siłami zabrali się za tort. I tego też jeszcze zostało, gdy z pełnymi brzuchami chłopcy leżeli na podłodze, a Anna ledwo się powstrzymywała, aby nie spróbować choć trochę postawić ich do pionu, ale... Nie po to zorganizowała całą niespodziankę, by teraz psuć nastroje. No nie dzisiaj.

W końcu nadszedł czas na prezenty. Większość była ręcznie robiona, małe drobiazgi, które tak naprawdę znaczyły dla niego wszystko. Niektóre jednak były zakupione w którymś sklepie w Patch Village. I to był jeden z prezentów od Ryu (który swoją drogą dał mu ich aż pięć) oraz prezent od Choco.

-Ty papugo! - żalił się komik, widząc, że jego prezent różni się jedynie wzorem. Był to okrągły talizman, czarny z pomarańczowym symbolem. Ten od Ryu miał słuchawki, a ten od Choco gwiazdę. I pomimo tego, widać było, że to jeden produkt, z tego samego sklepu.

-Dajcie spokój, chłopaki. Liczy się gest przecież.- przerwał im Yoh, z rozbawionym uśmiechem, gdy Ryu wypominał, że jego prezent jest przynajmniej jednym z wielu.

Tak więc minęła większość wieczoru. Koło dziesiątej w nocy Silva i Mikihisa zostawili dzieciaki same, a przed północą większość szamanów już słodko spała.... Na podłodze. Yoh przenosił właśnie prezenty do pokoju, gdy zauważył Annę, siedzącą na tarasie. Trzymając w dłoni szklaną figurkę, podszedł do niej i usiadł obok.

-Dziękuję.- powiedział wesoło. Blondynka spojrzała na niego pytająco. -O moich urodzinach wiedział tylko mój tata, pewnie Silva, Amidamaru i ty. Zakładam, że to ty i Amidamaru zorganizowaliście to całe zamieszanie.- wyjaśnił, uśmiechając się jeszcze szerzej. Ten uśmiech wystarczył, by wynagrodzić Annie te wszystkie poświęcenia dzisiejszego wieczoru.

-Należało ci się.- odparła, nie za bardzo wiedząc co innego powiedzieć.

-No i dziękuję za to.- dodał, pokazując figurkę kota ze szła o rdzawym odcieniu. -Wiem, że to od ciebie, bo od taty dostałem łapacz snów z piórami. Tylko ty znałaś Matamune.- powiedział, wpatrując się w prezent od narzeczonej. Blondynka ponownie obdarzyła chłopaka uśmiechem, tym razem znacznie cieplejszym. -No tak, to skoro wszyscy posnęli, to została mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia.- powiedział w końcu chłopak i wstał, wracając do kuchni, przechodząc cicho przez labirynt śpiących przyjaciół. Gdy wrócił na taras, trzymał w ręku oba talizmany, ten od Ryu i Choco oraz torbę z dwoma cheeseburgerami i zapakowanym bezpiecznie ciastem.

-A ty dokąd z tym idziesz?- spytała zaskoczona.

-Nie tylko ja mam dzisiaj urodziny.- odparł z szerokim uśmiechem. Blondynka była tak zaskoczona, że nie zdążyła nawet zareagować, nim słuchawkowy zniknął.

Yoh nie wiedział, co nim kierowało, dlaczego to robił i czego może się spodziewać. Jednak to były pierwsze urodziny, które coś więcej dla niego znaczyły i pierwsze odkąd dowiedział się, że ma bliźniaka. W najgorszym wypadku Hao go wyśmieje. Przecież go nie zwęgli za przyniesienie kawałka tortu i prezentu. Chyba.

-Hao? Jesteś tu? Hao!- wołał, wychodząc z lasu w kolejną już polanę.

-Mogę wiedzieć, czemu się wydzierasz w środku nocy?- odpowiedział mu poirytowany głos, a po chwili starszy Asakura pojawił się na polanie. Oczywiście stał na ramieniu Ducha Ognia, bo jakże by inaczej.

-A mógłbyś do mnie zejść? Szukam cię po całym lesie od pół godziny.- zawołał. Długowłosy westchnął głośno, z wyraźną niechęcią nim jego Stróż rozpłynął się w powietrzu, a on sam gładko wylądował na ziemi.

-Więc? Czemu zawdzięczam tę wizytę, braciszku?- spytał z wyraźną pogardą w głosie, lecz Yoh zupełnie się tym nie przejął.

-No właśnie, braciszku.- powtórzył po nim i odwrócił się do niego plecami, przez kilka sekund szamotał się z opakowaniem, wzbudzając coraz większą irytację w ognistym szamanie, zwłaszcza że Yoh w głowie śpiewał randomowe piosenki, żeby się tylko nie zdradzić.

-Jeżeli to jakiś podstęp to naprawdę beznadziej...- zaczął, lecz wtedy przed jego nosem pokazał się talerz z ukrojonym kawałkiem tortu i wbitą w niego świeczką, bez ognia, ale zawsze.

-Wszystkiego najlepszego, bracie.- powiedział nagle. Hao dosłownie zamurowało. Wszystkiego się spodziewał, ale nie tego, że bliźniak przyjdzie do niego z kawałkiem tortu życzyć mu wszystkiego najlepszego.

-Eee.. Co?-

-Dziś są nasze urodziny. A raczej jeszcze były kilka minut temu. - wyjaśnił mu Yoh, z lekkim zawodem przy ostatnim zdaniu. Hao naprawdę bardzo chciał być opryskliwy, ale życzliwość młodszego była na tyle potężną bronią, że na myśl o chamskim odrzuceniu tortu, nawet Hao zrobiło się przykro. W głowie natomiast zadawał sobie pytanie "Dlaczego?".

-Bo wiesz, ja też nigdy nie przejmowałem się swoimi urodzinami, nie odczuwałem takiej potrzeby. Wychowywałem się samotnie, wiem, nie miałem aż tak źle, jak ty, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To moje pierwsze i jedyne życie, więc samotność i dokuczliwość innych dzieci trochę mi doskwierała. Nie martwiłem się więc urodzinami. Jednak dzisiaj moi przyjaciele zrobili przyjęcie niespodziankę i uznałem, że to naprawdę miły gest. Stwierdziłem, że ty pewnie też nigdy nie obchodziłeś urodzin. Nie muszę znać całej historii, by wiedzieć, że przez wszystkie życia byłeś samotny, tak wiem, nie przeszkadza ci to, przynajmniej tak chcesz stwierdzić, ale wiesz, może to jedyne życie, kiedy masz z kim spędzić urodziny, a właściwie nawet je razem obchodzić. Więc pomyślałem, że wizyta z zaskoczenia i zawieszenie broni na jedną noc nie zaszkodzi.- wyjaśnił słuchawkowy, a Hao coraz bardziej zastanawiał się, czy młodszy też nie otrzymał odrobiny Reishi. Wpatrywał się w niego zaszokowany i nawet nie wiedział, czy jest sens okłamywać młodszego bliźniaka, jednak postanowił spróbować.

-Marnujesz tylko czas, Yoh.- mruknął, siląc się na ostry ton, ale to nie zrobiło na młodszym wrażenia.

-Możliwe, pomarnujemy go razem.- stwierdził. -I nie, nie mam twojej umiejętności czytania w myślach, po prostu... Chcesz czy nie, jesteśmy bliźniakami. Zawsze chciałem mieć starsze rodzeństwo, kiedyś nawet powiedziałem rodzicom, że chciałbym mieć starszego braciszka i żeby mi dali takiego w prezencie, no tak, nie do końca wtedy rozumiałem, jak to działa. No i, interesowałem się więzią między bliźniakami. Powiedzmy, że po prostu wyczuwam, co sobie myślisz pod tą bujną czupryną.- swoją wypowiedź zakończył kolejnym szerokim uśmiechem. Hao prychnął i dość agresywnie zabrał młodszemu talerz z ciastem. Starał się nie okazywać żadnych uczuć, jednak to, że Yoh tak się przed nim otwierał, jednocześnie wyprowadzało go z równowagi i rozczulało, a to drugie jeszcze bardziej irytowało.

-Mam jeszcze cheeseburgera. I prezent. W sumie może usiądziemy?- zasugerował młodszy.

Na to jeszcze starszego namówił, czy raczej pociągnął go do ziemi za pelerynę. Że też Yoh naprawdę się go nie bał. I tak siedzieli, oparci o drzewo, Hao nie spróbował ciasta, duma mu nie pozwalała, lecz Yoh nie miał z tym problemu. Skakał z tematu na temat byle tylko podtrzymać rozmowę z bratem, co okazało się nie być tak trudne, jak mu się wydawało. Unikał tematu królestwa szamanów, ale z zainteresowaniem wysłuchiwał historii brata z poprzednich żyć. W końcu wyciągnął do niego dłonie z oboma talizmanami.

-Ryu i Choco się nie dogadali i kupili mi praktycznie to samo, ale ja uznałem to za znak. Nie mogę się tylko zdecydować czy dać ci ten z gwiazdą, który bardziej reprezentuje ciebie, czy ten ze słuchawkami, tak żebyś miał coś reprezentującego mnie, nawet jeśli za Chiny do ciebie nie dołączę.- powiedział z szerokim uśmiechem.

-Dlaczego niby miałbym coś od ciebie przyjąć?- mruknął Hao.

-Bo ty już dałeś mi prezent. A nawet dwa. - odparł wyluzowanym tonem, zupełnie zbijając starszego z tropu.

-Nic ci nie...-

-Owszem, darowałeś życie tamtej drużynie. Wiem, że słyszałeś moje myśli.-

-Jeden szaman, jedno życie, jeden prezent? Bez sensu, poza tym ich była trójka- a więc o to chodziło z tym "dzisiaj" w myślach młodszego.

-Nieee, to był jeden prezent. Drugi to możliwość porozmawiania. Dałeś mi starszego brata, którego zawsze chciałem na jedną noc.- powiedział nieco ciszej i choć wciąż promieniowała od niego radość, Hao wyczuł zmianę w nastroju młodszego. Wyraźnie odczuwał jego tęsknotę i żal, smutek, że tak właśnie wyglądało ich życie. A marzenie by było inaczej, było tak silne, że Hao poczuł się przytłoczony tym uczuciem i sam nagle zaczął mieć wątpliwości czy to na pewno są uczucia samego Yoh.

-Jesteś strasznie naiwny, nie przyzwyczajaj się.- mruknął starszy, ale niechęć w jego głosie, udawana zresztą, nie zrobiła na Yoh żadnego wrażenia, zwłaszcza, że ognisty szaman sięgnął po talizman ze słuchawkami. I to właśnie na to zareagował Yoh, obdarzając starszego szerokim uśmiechem. Hao pozwolił sobie na ten jeden moment słabości i delikatnie go odwzajemnił.

-Wiem, ale chociaż to było wspaniałym doświadczeniem. Jutro znów będziemy sobie skakać do gardeł.-

-To ty się łatwo irytujesz. Nic nie na to nie poradzę.- wtrącił starszy, podnosząc się z trawy, zaczynało już świtać, a jutro rano walczyła The Ren i doskonale wiedział, że bliźniak będzie chciał obejrzeć walkę, zresztą, on też, przyjaciele Yoh nie byli tak słabi, jak mu się wydawało. Czas było kończyć te urodzinową sielankę. - Tak już chyba mają... starsi bracia. Że dokuczają młodszym.- mruknął. Te słowa z trudnością przechodziły mu przez usta. Do dziś nie widział w Yoh brata, a teraz...

-Za to młodsi nie szanują starszych.- wesoły głos Yoh oderwał go od myśli. Złośliwy uśmieszek pojawił się na twarzy Hao.

-To doskonale do ciebie pasuje. A teraz wracaj do domu. Koniec tego dobrego.- powiedział stanowczym tonem. Yoh zarechotał i zasalutował.

-Ta jest! Dobranoc, Hao. I dziękuję, że... no wiesz, nie spaliłeś mi włosów razem z tortem.- zażartował, zanim w końcu się rozstali. Hao wyczuwał rosnący smutek Yoh, gdy ten nie chciał się rozstawać. Czuł to nawet wtedy, gdy słuchawkowy zniknął w lesie. A może to były też i jego własne odczucia. Szybkim krokiem wrócił do obozu, siadając przy zgaszonym ognisku. W dłoni trzymał talerz z ciastem, a w kieszeni znajdował się talizman od Yoh. Przez chwilę wpatrywał się we wbitą w tort świeczkę, nim ta zapaliła się na czubku.

-Wszystkiego najlepszego, Yoh.- mruknął cicho, a świeczka zgasła.

-Hao-sama....?- zaspana Opacho wyszła z namiotu. -Czy to... ciasto?- spytała zaskoczona.

-Tak Opacho, chodź, podzielę się z tobą.- powiedział ciepło, tylko wobec niej okazywał jakiekolwiek uczucia.

-A co to za okazja, Hao-sama?- dziewczynka wdrapała się na kolana swojego mistrza, który dłońmi podzielił ciasto na dwa. Najpierw odpowiedziała jej cisza, a później ciche "Moje urodziny."


Następnego dnia Yoh był cholernie niewyspany. Właściwie to miał wrażenie, że wczorajsza noc była jedynie dobrym snem. I pewnie takie miałby przekonanie do końca, gdyby nie to, że gdy zszedł na śniadanie, zaczepiła go Anna.

-Yoh, to leżało rano pod drzwiami. Do ciebie.- powiedziała, wręczając mu małą, papierową torebeczkę. Zaskoczony szatyn otworzył ją i wyjął ze środka niewielki, piękny, czarny kamień w kształcie płomyka z małą, metalową zawieszką na czubku. Anna przyjrzała mu się uważnie. Do pomieszczenia akurat wszedł Manta. -Ej maluchu, wiesz, co to jest?- spytała blondynka. Manta przyjrzał się kamieniowi uważnie.

-Wygląda jak obsydian, ale obsydiany zdecydowanie bardziej się błyszczą. Moim zdaniem to mógł być kiedyś zwykły kamień, który roztopił się pod wpływem naprawdę wysokiej temperatury, następnie został uformowany i wsadzony do wody, ulegając natychmiastowemu ostudzeniu.- powiedział, oglądając kamień w dłoni. Tyle wystarczyło, by wiedzieć od kogo to. W torebce była jeszcze karteczka z pięknym pismem "Wszystkiego najlepszego, Yoh."

-Od kogo to masz?- spytał Manta, oddając przyjacielowi kamień. -Niesamowita robota. Ciekawe jak to zrobili.-

-Ręcznie.- odpowiedział Yoh przywieszając kamień do talizmanu z gwiazdą.

-Nie obraź się Yoh, ale to wymagało naprawdę dużej precyzji i wysokiej temperatury. Naprawdę myślisz, że ktoś to zrobił ręcznie? Niby kto?-

-Hao.-

To jedno słowo wystarczyło. Yoh spojrzał na zaskoczonego Mantę, a następnie na uśmiechniętą Annę. Była z niego dumna.

niedziela, 10 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Izumo

Swoją obietnicę postanowił spełnić natychmiast. W południe, po przebiegnięciu kilkudziesięciu kilometrów z ciężarkami przymocowanymi do nadgarstków i kostek, postanowił porozmawiać z Anną. Wszedł do domu, kierując się w stronę salonu, gdzie blondynka nadrabiała zaległości w swojej ulubionej telenoweli. Była przekonana, że trening zajmie Yoh znacznie dłużej, więc gdy usłyszała jego kroki, zatrzymała program i odwróciła głowę, patrząc na bruneta przez ramię.

-Skończyłeś już?- spytała z lekkim niedowierzaniem. Yoh uśmiechnął się i kiwnął głową, odkładając ciężarki na bok. Blondynka skierowała swój wzrok na ducha kobiety, ale ta kiwnęła głową potwierdzając, że chłopak rzeczywiście zakończył swój dzisiejszy trening. Najwyraźniej, od czasu walki w Sanktuarium Yoh naprawdę stał się potężniejszy, również i pod względem kondycji.

-Anno, ja... chciałbym pojechać do Izumo.- zakomunikował. Itako nie była zaskoczona jego postanowieniem, wyłączyła całkowicie telewizor i podniosła się do siadu na kolanach.

-Rozumiem. Właściwie sama chciałam ci to zasugerować.- powiedziała. Asakura spojrzał na nią zaskoczony. -Yoh, znam cię nie od dziś. Nie potrzebuję Reishi by wiedzieć jak się czujesz. Wizyta w Izumo może pomóc... Lub pogorszyć sytuację. Nie dowiemy się póki nie spróbujesz.- wyjaśniła.

-Pojedziesz ze mną?- spytał, a ona w odpowie pokręciła głową.

-Uważam, że lepiej będzie jeśli pojedziesz sam. Powinieneś spędzić trochę czasu z rodziną, zwłaszcza z matką.-

Miała rację, Yoh dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że odkąd zdecydował się brać udział w walkach szamanów, Keiko rzadko kiedy z nim rozmawiała, kiedyś myślał, że po prostu nie popiera jego uczestnictwa w czymś tak niebezpiecznym. Teraz wiedział, że ona po prostu wiedziała co to oznacza. Walkę z Hao, a ten przecież mimo wszystko był jej synem. Wiedziała, że wszystkie kłamstwa wyjdą na jaw, a jedno z dzieci będzie musiało zabić drugie. W dodatku, odkąd Yoh pomógł dziadkowi odesłać ducha stacji Izumo do zaświatów, chłopiec okazywał ogromne pokłady dobroci. Z czasem nauczyli się, że ich młodszy syn był wyjątkowym dzieckiem, poszukującym dobra w każdym. Ona wiedziała, że prawda zada Yoh niewyobrażalną i nieuleczalną ranę, choć w duchu miała nadzieję, że chłopiec odnajdzie dobro i w Hao. W końcu, to nie byłby pierwszy raz, gdy znalazłby je tam, gdzie nikt inny go nie widział. Niestety, zawiódł i ją i siebie samego.

Następnego dnia Yoh wraz z Renem opuścił posiadłość Asakurów w Tokio. Starszy z nich odprowadził przyjaciela na pociąg, nim sam skierował się w stronę lotniska. Ren, choć tego nie okazywał, również martwił się o Yoh. Prawdopodobnie rozumiał go lepiej, niż ktokolwiek inny. Problem polegał na tym, że zupełnie nie wiedział jak zabrać się do rozmowy ze słuchawkowym. Ren był dla Yoh żywym dowodem na to, że wcześniejsza nienawiść może zostać pokonana. Przeobrazić się w przyjaźń. Tao niejednokrotnie widział Yoh ratującego życie wrogom, naiwnie próbującym się zaprzyjaźnić z każdym i choć wszyscy go krytykowali, on zawsze wiedział swoje. I gdyby nie ten upór, życie Chińczyka wyglądałoby zupełnie inaczej, o ile jeszcze by trwało. Chciał w jakiś sposób pomóc przyjacielowi, ale zupełnie nie wiedział od czego zacząć, a sam Yoh utrudniał to niesamowicie wiarygodną maską z uśmiechu. Nie wchodząc więc na ten temat, pożegnał przyjaciela.


Amidamaru obserwował swojego szamana w ciszy, w postaci niebieskiej kuleczki unosząc się nad jego ramieniem. W normalnych warunkach, a przecież Yoh starał się takie stwarzać, chłopak już by spał słodko w drodze do domu, on jednak całą drogę wpatrywał się w góry, lasy i pola, które mijali.

-Yoh-dono...- mruknął samuraj ostrzegawczo, gdy wolnym krokiem szli leśną ścieżką. Oczywiście, dziadek nie mógł powitać go inaczej. Chłopak westchnął ciężko i zamknął oczy wsłuchując się w szelest liści. Niektóre z nich wydawały dźwięki delikatnie odbiegające od naturalnych i to na nich skupił swoją uwagę. Po chwili pięć atakujących go Shikigami zniknęło, a przepołowione listki opadły na ziemię.

-Jeśli mnie kopniesz, przysięgam, że spotka cię los znacznie gorszy od rozcięcia.- ostrzegł, wciąż pochylając się do przodu po poprzednich atakach. Oczy wciąż miał zamknięte, dopiero po kilku sekundach wyprostował się i odwrócił patrząc na niebieskiego duszka, i do cholery, mógłby przysiądz, że to coś miało obrażoną minę. Słuchawkowy wpatrywał się w niego z niemałym zaskoczeniem, nim zachichotał przyjaźnie, ponownie zamykając przy tym oczy. Wreszcie mu się udało przechytrzyć tego małego, złośliwego stworka.

-Witaj w domu, mój wnuku.- usłyszał za sobą.

-Cześć, dziadku.- przywitał się. Amidamaru zmaterializował się u jego boku i lekko schylił głowę.

-Yohmei-sama, dobrze pana znów widzieć.- rzekł duch, a staruszek odpowiedział uśmiechem i skinieniem głowy.

-Chodźmy, rodzice już na ciebie czekają.- powiedział.

W drodze do domu, Yohmei starał się wyczuć nastrój wnuka, spodziewał się znacznie gorszego widoku. W gruncie rzeczy, wszyscy wiedzieli jakie podejście do zabijania miał Yoh. Najstarszy z rodu sam nie wiedział czy się cieszyć, czy jednak martwić. Tłumienie w sobie uczuć, choć tak doskonale opanowane w rodzinie, nie było niczym dobrym i dziadek wiedział, że Yoh musi się przed kimś otworzyć. Jednak ta rola najwyraźniej nie należała do niego, domyślał się, że przypadnie ona Keiko.

I się nie mylił. A przynajmniej co do tego, że Keiko będzie w stanie dostrzec cierpienie swojego syna, z wzajemnością. Od pierwszej chwili, gdy dostrzegł swoją matkę, wiedział jak bardzo musiała cierpieć razem z nim. Tego samego syna straciła już dwa razy. Choć uśmiechali się do siebie, rozmawiali ciepło między sobą i z innymi członkami rodziny podczas przygotowywania posiłku, co chwilę posyłali sobie ciepłe spojrzenia, pełne rodzinnej otuchy. Kolacja minęła im raczej w ciszy. Atmosfera była, cóż... dziwna, to mało powiedziane. Z jednej strony naprawdę starali się rozmawiać, by po chwili milknąć. Widmo tego, co jako rodzina zrobili, wisiało w powietrzu, wcale nie chodziło tu o samo podejście do Hao, ale o to jak źle potraktowany został Yoh. Wiele błędów popełnili i chyba woleliby żeby najmłodszy po prostu wylał z siebie żal i gniew na nich, może nawet ich znienawidził, niż by miał obwiniać o to siebie.

Po kolacji, Yoh udał się pod prysznic. Posiadłość w Izumo była ogromna i tak strasznie cicha. Choć Yoh mieszkał w głównej jej części, którą zajmowała rodzina, i tu dało się wyczuć jej ogrom. Długie, szerokie korytarze, rzadko rozmieszczone pokoje na piętrze przeznaczone dla jego rodziców, jego oraz kilka pokoi gościnnych. Przechodząc obok nich, zauważył coś, czego wcześniej nie dostrzegł. Pokoje gościnne były oddalone od siebie w równej odległości. Jednak pokój rodziców, oraz pokój, który znajdował się obok jego własnego były nieco bardziej odsunięte. Zatrzymał się przy drzwiach sąsiadującego pokoju. O ile dobrze pamiętał, nikt nigdy z niego nie korzystał, ale nie pytał, bo i tak rzadko kiedy mieli tylu gości by zapełnić wszystkie te pokoje.

-Synku? Wszystko w porządku?- z rozmyślań wyrwał go głos Keiko. Odwrócił głowę, patrząc na matkę, po raz pierwszy z bólem wypisanym na twarzy. Kobieta pobladła i zrobiła kilka szybkich kroków w jego stronę.

-To miał być jego pokój, prawda?- spytał, nim ciepłe, matczyne ramiona objęły jego ciało.

-Tak, gdy go szykowaliśmy, nie wiedzieliśmy... co zamierzał.- powiedziała cicho. -Gdy tylko usłyszeliśmy, że będziemy mieć bliźnięta, twój ojciec i ja stwierdziliśmy, że musimy przygotować dwa pokoje. Woleliśmy nie ryzykować braterskiej sprzeczki zakończonej wojną Shikigami.- zaśmiała się smutno. Yoh również lekko się uśmiechnął na tą myśl. Tak powinno być.

-Czy możemy porozmawiać? W pokoju.- spytał, a Keiko skinęła głową. Przez chwilę myślała, że Yoh chodziło o pokój, który miał należeć do Hao, jednak młodszy z bliźniaków skierował się do siebie. Brunetka podążyła za nim, zamykając za sobą drzwi, zajęła miejsce na łóżku obok syna.

-Mamo, ja...- zaczął, drżący głos zdradzał jak bardzo tłamsił w sobie uczucia. Po chwili wybuchł. Przez prawie godzinę rozpaczał rodzicielce w rękaw, mówiąc jej o wszystkich swoich wątpliwościach, odczuciach i przeczuciach. Przyznał, że aż do momentu zadania ostatecznego ciosu, nie chciał zabijać bliźniaka, że do samego końca wciąż wierzył, że uda mu się z nim porozmawiać i odkopać to drzemiące w nim dobro. Nie powiedział jedynie, że gdy zamachnął się po raz ostatni, to doskonale wiedział, że zabije Hao, sprawiając tym samym wrażenie przypadkowego zabójstwa. Nie chciał jej bardziej martwić. Chciał wpierw sam to przetrawić i zrozumieć. Keiko słuchała go uważnie, głaszcząc syna po włosach, co jakiś czas przemawiając kojącym tonem, gdy Yoh zapowietrzał się w szlochu.

-Ja... Chciałbym... Czy mogłabyś zaprowadzić mnie do komnaty Wielkiego?- spytał po kilku minutach uspokajania oddechu. To pytanie zaskoczyło Keiko.

-Ale...- zaczęła, ale chłopak jej przerwał.

-Chcę go zrozumieć. Nie mogę tego zrobić poprzez rozmowę z nim, więc chociaż chcę zrozumieć jego myślenie z ksiąg, które po sobie zostawił. Odrodzi się przy okazji następnego Turnieju. A wtedy chciałbym by nie poznał planety, by zobaczył, że można to było zrobić inaczej, bez ludobójstwa. Pozwól mi iść do komnat.- wytłumaczył się.

-Yoh, musisz wiedzieć, że nikt, nigdy nie odważył się zajrzeć do pozostałych ksiąg. Cho-Senjiryakketsu jest jedyną księgą, żaden Asakura nie zajrzał do pozostałych. Nie wiadomo co się w nich kryje.- powiedziała.

-Czy to oznacza, że nie znamy dokładnego pochodzenia Hao? Nie znamy korzeni rodziny przed nim?- dopytywał zaskoczony, w sumie to... w dzieciństwie wystarczała mu świadomość, że jest częścią jednej z największych szamańskich rodzin. I tyle. Nie dopytywał, nie interesował się. W sumie, ciekawe co by odpowiedzieli gdyby zaczął dopytywać. Czy by go okłamali, powiedzieli całą, czy częściową prawdę.

-Wiemy tyle, ile spisała rodzina po pojawieniu się Hao. To jest coś, czego nie możemy mu odebrać, nie możemy też temu zaprzeczyć, Hao nadał naszej rodzinie znaczenie, a jego siła sprzed tysiąca lat płynie w każdym Asakurze. Co było z naszą rodziną przed nim, nie wiemy. Nikt nie miał odwagi zajrzeć do jego ksiąg. Sama osobiście zastanawiam się czy Cho-Senjiryakketsu była naprawdę spisana przez niego, a może przez kogoś bardzo mu bliskiemu. Skoro ktoś wiedział, że do tej księgi można zajrzeć, ktoś albo przeczytał wszystkie, albo współpracował lub przynajmniej wiedział o powstawaniu tej.- Yoh uważnie słuchał co miała mu do powiedzenia jego matka. Po chwili ciszy, w końcu się odezwał.

-Hao zawsze uważał, że ludzie mają się go bać i wtedy będą go słuchać. Może nad księgą pracował z kimś, kto był mu drogi. I ta osoba również go zdradziła. Dolewając, za pewne, oliwy do ognia. Dosłownie. Możliwe, że nauczył się, że nie może ufać nikomu, nawet, a może zwłaszcza własnej rodzinie.- podsumował. Keiko wpatrywała się w czarne oczy syna, nim kiwnęła głową.

-Tak, to możliwe.- potwierdziła. Oboje teraz wiedzieli, że rodzina Asakura sama była sobie winna. Przez tysiące lat, nikt nie próbował z Hao rozmawiać. Nikt nie dał mu poczucia bezpieczeństwa, od każdego spodziewał się zdrady, jeśli tylko nie będą się go bać. Yoh miał zamiar to zmienić. Skoro nie mógł pomóc mu za jego trzeciego życia, to zapewni, że w następnym Hao nie będzie miał w rodzinie wroga. Choć... po tym co mu zrobił, nie spodziewał się ciepłego powitania, a przecież nie wiadomo jako kto Hao postanowi się odrodzić. -Zabiorę cię do komnaty. Ale to jutro. Tak jak mówiłam, nie wiemy co jest w tych księgach, ani jak to na ciebie zareaguje. W końcu, jesteś połową jego duszy. Wyśpij się, Yoh. Musisz zebrać siły.- powiedziała i ostatni raz pogłaskała syna po włosach, czule całując go w czoło.

-Dziękuję, mamo.- powiedział, uśmiechając się do niej ciepło. Zatrzymała się w drzwiach i odwzajemniła jego uśmiech.

-To ja ci dziękuję. Kto wie jak zraniony został Hao, może nieświadomie raniliśmy ciebie w ten sam sposób. Za 500 lat Hao nie będzie już moim synem, ale mam nadzieję, że dzięki tobie nie spotka go takie cierpienie.- odparła nim zamknęła drzwi.

-Yoh-dono... Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?- spytał duch.

-Tak, Amidamaru. Jestem mu to winien.- odpowiedział krótko szaman. Tak, miał więc plan. I zrobi wszystko by Hao był zadowolony z rezultatów.


=================================

Koniec pierwszego rozdziału! No cóż, zdaję sobie z tego, że póki co nikt tego nie czyta, ale mam nadzieję, że jacyś członkowie naszej Szamańskiej Rodzinki wciąż istnieją. Jeśli macie blogi o szamańskiej tematyce, proszę zostawiajcie linki w komentarzach. Mam nadzieję, że komuś się to opowiadanie podoba. 

sobota, 9 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Prolog

Nie chciał go zabijać.

Ani wtedy, gdy tamten sam zabił tylu szamanów i niewinnych ludzi.

Ani też, gdy walczył z nim samotnie, oko w oko, w walce tak nierównej, że nie mogła się ona skończyć dobrze. Nie dla niego.

Nie, gdy jego dusza była trawiona przez tego drugiego.

A nawet wtedy, gdy ramię w ramię ze swymi przyjaciółmi walczył z jego szaleństwem. Bo to, ta postać, którą miał przed sobą, to nie był już jego brat. To było szaleństwo.

A mimo to, gdy ten próbował spalić jego ciało i duszę żywcem, gdy wszyscy szamani w Patch Village oddali mu swoje furyoku, a on poczuł w sobie moc, która mogła być równa tej, którą otrzymywał Król Szamanów, gdy ruszyli do walki, gdy zadał ten ostateczny cios...

Sam nie wiedział. Zadał go, wiedział, że wykonując taki ruch, używając tej ilości siły, nie było mowy o niewielkich uszkodzeniach. To był śmiertelny cios. Zadał go z premedytacją.

Ale czy na pewno?

Nie widział, co stało się z Hao. W jednej chwili, wybuch przesłonił jakąkolwiek widoczność, Amidamaru rozpłynął się, a oślepiający blask otulił szamanów znajdujących się zarówno w Sanktuarium, jak i w wiosce. Gdy odzyskali wzrok, byli już na pustyni, a Patch zniknęło w pyle.

Przyjaciele mówi, że rozciął go na pół, Hao i Ducha Ognia.

Za nic nie był sobie w stanie przypomnieć myśli i ruchów z tamtego momentu. Czuł się jakby ktoś wykonywał je za niego, a on jedynie patrzył.

-To pewnie adrenalina.- stwierdził Amidamaru, gdy słuchawkowy chłopak podzielił się z duchem swoimi myślami.

Ale to nie wystarczyło Yoh. W otoczeniu przyjaciół zakładał uśmiechającą się maskę, która chroniła jego prawdziwe myśli, pełne wyrzutów sumienia, przemyśleń i wątpliwości.

Dlaczego tak postąpił. Przecież nie chciał go zabić. Nigdy. A zwłaszcza po tym, gdy połączył się z duszą bliźniaka, gdy odczuwał to, co on. Gdy wiedział już, co go doprowadziło do tak ogromnej nienawiści. Samotność, odrzucenie, wiara w to, że gdy inni nie będą się go bać, to zawsze go zostawią. Troska, o planetę i naturę, która jako jedyna, zawsze była po jego stronie. Yoh chciał temu zaradzić. Wiedział, że potrafi. Z tą myślą ruszył do walki. Walczył dzielnie, starając się zachować brata przy życiu. Chciał pozbawić go furyoku, może okaleczyć na tyle by stał się bezbronny. By wreszcie mogli porozmawiać. Hao nie widział w nim brata, ale Yoh był gotów to zmienić. Taki był plan. I choć Hao wyraźnie przegrywał popadając w coraz większy szał, Yoh zadał ten śmiertelny cios.

Asakura Yoh. Człowiek, który cierpiał obserwując śmierć swoich wrogów. Znienawidził X-laws, gdy Ci zamordowali Ashil'a, czy Boris'a. A ci przecież, próbowali zamordować Yoh i jego przyjaciół. A zwłaszcza ten pierwszy. Nienawidził sekty Jeanne, a jednak gdy Hao ich mordował z zimną krwią, nie mógł na to patrzeć. Ludzie Hao byli zaślepieni, a młodszy z bliźniaków, pomimo wielokrotnych okazji, nigdy nie zdecydował się na ostateczne ciosy.

Asakura Yoh. Ten, który zmienił swych wrogów w przyjaciół. Ryu, zanim jeszcze stał się szamanem, próbował skrzywdzić, a może nawet zabić i jego i Mantę. Amidamaru, uznany za demona, czekał 600 lat aż ktoś dostrzeże kim był naprawdę. Ren, wielokrotnie chciał go zabić, on i jego rodzina. Faust, również próbował, jednocześnie torturując małego przyjaciela Asakury. Tokageroh, zaufał temu duchowi, gdy ten groził jego przyjaciołom i jemu samemu. Lyserg, z którym od początku były problemy. Wcześniej wspomniany Boris, który poświęcił się by uratować młodego szamana.

Yoh wiedział, że uda mu się i z Hao. Czuł to. A jednak śmiertelny cios zadał z niewyjaśnioną i niezrozumiałą premedytacją. Nie chciał jego śmierci, tak bardzo nie chciał. Nie potrafił sobie wybaczyć. Jego serce tonęło w żalu i wyrzutach sumienia. A co jeśli Hao liczył na swoją porażkę. Starszy był na tyle dumny, że nigdy by nie przyznał, że chce porozmawiać z Yoh w inny sposób, na pewno widział, że przegrywa i nie chciał tego do siebie dopuścić, ale Yoh znał ten upór. Sam go również posiadał, ale w tym przypadku bardziej widział w tym Rena. Gdy Ren przegrał, stał się zupełnie inny i wreszcie można było do niego trafić. A co jeśli tak mogło być i z Hao?

-Yoh?- Asakura odwrócił wzrok od gwiazd i spojrzał w dół dachu. Przez okno wyglądała na niego blondynka. -Wszystko w porządku?- Spytała. Domyślała się jak on się czuje, choć tego nie pokazywał w otoczeniu przyjaciół. Chłopak natychmiast się uśmiechnął szeroko, zamykając przy tym oczy.

-Jasne. Niebo jest dzisiaj takie czyste, nie mogłem tego zmarnować.- odparł wesoło.

-Hm. Gwiazda Przeznaczenia rozgoniła chmury. Nie siedź tam długo. Od rana wracasz do treningu.- odparła, a po skroni chłopca spłynęła kropla potu, uśmiech również nieco wyblakł.

-J-jasne...- powtórzył.

Anna zniknęła, a szaman westchnął głęboko. No tak, Turniej niedługo znów się rozpocznie.

-Obiecuję ci, że zostanę Królem Szamanów i ocalę planetę. Wrócę do Izumo, postaram się cię zrozumieć. Gdy znów wrócisz do życia za 500 lat, nie rozpoznasz dawnej ludzkości. Nie zawiodę cię... n...nii-san.-