piątek, 26 czerwca 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Księga Powietrza

-Witaj z powrotem, Yoh.- głos przemówił, gdy tylko krótkowłosy przekroczył 'próg' wymiaru Księgi. Możliwe, że ekscytacja, którą chłopak odczuwał dzięki możliwości spędzenia odrobiny czasu ze swoim przodkiem była nieco niezdrowa. Zwłaszcza, że nie do końca był on przecież jego bratem. Asakura już przecież wiedział, że ten Hao jest inny, cokolwiek stało się pomiędzy stworzeniem Księgi, a szaleństwem przodka, musiało doprowadzić do całkowitej zmiany. Jednocześnie też dawało nadzieję, że ta strona wciąż gdzieś tam istniała w duszy bliźniaka. 

-Myślałem, że...- zaczął młodszy, lecz starszy przerwał mu z uśmiechem.

-Że za każdym razem czekać będzie inna wersja mnie? Nie, Księgi są częścią jednej całości, można to raczej porównać do rozdziałów. Ich świat jest ten sam, ale ja przekazuję coraz to nowe informacje.- odparł i wskazał Yoh drogę ręką, tym samym proponując mu przechadzkę. Okolica była bardzo podobna do tej, w której przechodził próbę powietrza. Zieleń, spokój, delikatny powiew wiatru przywodzący na myśl pierwsze wiosenne ciepło.

-Wciąż masz przed sobą długą drogę. Nauczyłeś się już podstawy, wiesz, że umiejętność panowania nad żywiołem pochodzi od bóstw, które się nimi opiekują i to je musisz przekonać by dały ci ich moc. Teraz musimy się skupić na innych aspektach tych mocy.- mówił wróżbita, unosząc rękę, wokół której zatańczył wiatr.

-Bogowie żywiołów nieustannie cię obserwują, wyczuwają twoje zamiary i komunikują się między sobą. Jak sam już wiesz, determinacja będąca ważną cechą z poprzedniej lekcji, będzie ci wiecznie towarzyszyć. Ale musi być też spokój, empatia i opanowanie. Poznajesz każdy z żywiołów w kolejności, która umożliwi ci najlepszą współpracę, ale nawet z moimi naukami, nie opanujesz ich mocy jeśli twoje intencje są nieczyste, teraz wiesz jeszcze lepiej dlaczego.- wiatr zatańczył przyjaźnie wokół Yoh. -Nie tylko duchy klasy boskiej są w stanie wejrzeć w głąb twej duszy, czasem jednak nie znamy samych siebie, odczuwamy wątpliwości, ukrywamy coś przed samym sobą. Uczucia, których się obawiamy i je odrzucamy, nie przyznajemy się do nich, nawet w myślach. Coś, czego my nie wiemy, nie akceptujemy i odpychamy może pozostać dla nas ukryte, a dla Bóstwa również będzie to zagadką. Jednak, Powietrze jest inne.- 

Dziwne uczucie, gdy wiatr przechodził przez ciało Yoh, a nie tylko je muskał, niczym duch, przenikał go, a on odczuwał niesamowity spokój.

-Powietrze to jeden z najsilniejszych sprzymierzeńców, ale też najbardziej kapryśny i lubiący robić żarty. Dzięki niemu możesz poznać czyjś sekret, powtórzy cudze myśli, przyniesie wiadomości z dalekich stron, ocali przed upadkiem lub utopieniem, wesprze cię jeśli będziesz chciał ugasić pożar usuwając tlen z jego otoczenia, będzie twoimi oczami i uszami. Dzięki powietrzu możesz się unieść i latać, nie na bardzo długo, jak wspominałem powietrze jest bardzo łobuzerskim żywiołem. W dalekich podróżach lepiej jednak korzystać z Kontroli Ducha.- przodek uśmiechnął się lekko w stronę Yoh, a ten obserwował wirujący przed nimi listek i już był w stanie wyobrazić sobie jak to on jest na jego miejscu.

-Odgrywa też ogromną rolę w teleportacji. Oczywiście wesprze cię też w walce.- dodał, zdecydowanie wzbudzając tym samym zainteresowanie Yoh.

-Nauczysz mnie teleportacji?- zapytał zafascynowany. Za każdym razem, gdy Hao pojawiał się znikąd, zastanawiał się, jak on to robi. Przodek jednak zaśmiał się i pokręcił głową.

-Nie, Yoh, nie ja. Powietrze oraz punkt duchowy same cię tego nauczą, gdy stwierdzą, że jest ci to potrzebne. Teleportacja to akurat bardzo trudna i niebezpieczna sztuka.- odpowiedział, a zawód wypisany na twarzy potomka, rozbawił go. Młody Asakura nie spodziewał się tego krótkiego śmiechu, który dotarł do jego uszu. -Z czasem może ci się uda.- dodał na zachętę, a Yoh od razu posłał mu szeroki uśmiech.

-Czy ćwiczyłeś już współpracę z żywiołem ziemi?- spytał Asaha, a Yoh zacisnął usta w wąską linię.

-Można tak powiedzieć. Nieumyślnie, ale tak.- odpowiedział, a ze spojrzenia mężczyzny wyczytał, że ma kontynuować. Opowiedział więc wczorajszy dzień, bardzo dziwnie się czując, gdy musiał przyznać, że grób tego, z którym rozmawiał był tak zniszczony i zaniedbany. Jednak duch w ogóle się tym nie przejął, z uwagą słuchał opisu zmian jakie ziemia zrobiła na jego niewypowiedzianą prośbę, a później posłuchała kolejnej, tym razem opanowanej.

-Szczerze mówiąc, nie myślałem, że żywioły będą same podejmować działania. Myślałem, że nawet po opanowaniu ich będą potrzebować rozkazów.- zakończył swoją wypowiedź.

-Żywioły stają się częścią ciebie. Tak jak mówiłem, gdy zapytałeś czy moc tę można odebrać, jeśli zaczniesz jej źle używać, raz dane nie może zostać odebrane. Gdy nauczysz się magii, inni mogą uznać ją za zakazaną, ale nie sprawią, że wiedza i umiejętności znikną.-

-To trochę przypomina jazdę samochodem.- stwierdził słuchawkowy. Asaha posłał mu dziwne spojrzenie i dopiero wtedy Yoh przypomniał sobie, że przecież nie ma on wiedzy Hao, a zatem wciąż 'żyje' światem sprzed 1000 lat. Jakby dawny i trudny do zrozumienia japoński, którym się posługiwał mało mu o tym przypominał. -Ugh, to taki... Szybki pojazd do przemieszczania się na krótki i długi dystans. Potrzeba specjalnych umiejętności i wiedzy dotyczącej obsługi, prawa drogowego i wyczucia by nie powodować wypadków. Jeśli szalonym kierowcą, który notorycznie łamie prawo drogowe, mogą cię ukarać finansowo, pozbawieniem wolności, odebrać prawo jazdy, ale nie odbiorą wiedzy, którą się zdobyło.- wyjaśnił. Szczerze mówiąc, to mówienie czegoś tak banalnego niesamowicie go bawiło, ale starał się tego nie okazywać.

-Tak, właściwie to masz rację. Bardzo to podobne, ale trochę mija się z celem mojej wypowiedzi. Zdolności, które otrzymasz stają się częścią ciebie, tak jak umiejętność korzystania z samochodu. Jednak samochód to coś fizycznego, a moc nie. Zakładam, że samochód nie pojawi się nagle, kiedy sobie tego życzysz?- spytał. Yoh pokręcił głową w odpowiedzi, domyślając się do czego zmierza przodek. -I pewnie też nie pojawi się sam z siebie, kiedy ty natychmiast potrzebujesz znaleźć się w innym miejscu?- dodał, choć wiedział, czego się spodziewać. -I tu jest różnica. Ziemia, może jeszcze w pełni nie jest ci posłuszna, ale na pewno zdobyłeś szacunek opiekujących się nią bóstw, nie tylko Akera. Wyczułą twoje pragnienie, dobre serce, które tobą kieruje i pomogła ci, gdy byłeś w potrzebie. Nie musisz jej rozkazywać, ani jej ani innemu żywiołowi, choć powietrze, lubi się droczyć ono też nie zrobi nic by cię skrzywdzić. One po prostu stają się częścią ciebie. Dlatego musisz być bardzo ostrożny. Ziemia posłuchała twojego życzenia, ale wyobraź sobie sytuację, w której tracisz nad sobą kontrolę, trzęsie się ziemia, kontynenty zalewają ogromne fale, trąby powietrzne przechodzą przez miasta, wybuchają pożary, a demony biegają między ludźmi i pochłaniają ich energię. Ale lekcję na ten temat odbędziesz niedługo. Na dzisiaj to wystarczy. Przemyśl wszystko dokładnie, mogę dzielić się z tobą wiedzą, ale tej mocy nie zdobywasz, dostajesz ją, jeśli zostaniesz uznany za godnego.- 


Wychodząc z wymiaru Księgi, Yoh odczuwał dziwną pustkę i żal. W świecie, do którego wracał jego nauczyciel był wrogiem świata ludzi i szamanów, przede wszystkim już nie istniał. Ta przygnębiająca rzeczywistość nie pasowała słuchawkowemu i z lekkim niepokojem zauważył, że będąc w kontakcie z przodkiem czuł się znacznie lepiej. Był zupełnie inny, wzbudzał w nim ogromne pokłady motywacji i nadziei. Tak bardzo chciał porozmawiać z Hao raz jeszcze, dowiedzieć się, co takiego się stało, że zmienił się tak bardzo. Jeszcze bardziej niż przed przybyciem do Izumo. Był coraz bardziej zdeterminowany. W głowie zaczął pojawiać się pewien pomysł, ale stwierdził, że jeśli tylko odważy się wypowiedzieć go na głos, to pewnie bardzo tego pożałuje. Wolał najpierw zbadać grunt i nie ryzykować wybuchu gniewu medium.

A skoro mowa o medium... Jego rozmyślania przerwał ból ucha, a następnie rozciąganych policzków.

-Jesteś niemożliwy. Natychmiast do domu!- warknęła blondynka i ciągnąć szatyna za ucho, wyprowadzała go ze świątyni.


>Londyn<

-To ogromna szkoda, że Yoh nie mógł z wami przyjechać.- powiedział Lyserg, gdy tylko od stołu wstał Marco. Manta odetchnął z ulgą, czując jak atmosfera natychmiast się rozluźnia. Gdyby wcześniej wiedział, że w Londynie pojawi się także Żelazna Dama Jeanne i jej wierny sługa, Marco, zdecydowanie znalazłby ciekawsze zajęcia na te wakacje. Jeanne jeszcze nawet lubił, była inteligenta, miła, na swój sposób dobra, ale Marco... Marco był, krótko mówiąc psychiczny. Nie miał w sobie nawet grama życzliwości, był podejrzliwy i gdy tylko mógł, wtrącał się w wypowiedzi by jak najbardziej zmniejszyć zasługi Yoh. Często przypominał, że młody Asakura może i wygrał z Hao, ale tylko dlatego, że inni szamani oddali mu swoje furyoku.

-Mistrz Yoh pojechał do Izumo.- powiedział Ryu, wychodząc z założenia, że skoro Jeanne poszła do łazienki, a Marco do kuchni to może powiedzieć trochę więcej, w końcu jego protegowany ostatecznie został jednak ich przyjacielem i ufał Yoh. -Pani Anna również, więc zajazdem zajmuje się teraz Faust. Pani Anna pomaga Yoh w jakimś nowym treningu.- tłumaczył Ryu, zajadając się frytkami. Manta spojrzał na wysokiego przyjaciela ostrzegawczo, ale ten był wpatrzony w zielonowłosego. 

"Gdybym tylko nie miał takich krótkich nóżek, to mógłbym go kopnąć." pomyślał.

-Nowy trening?- zainteresował się Lyserg, nie dziwiło go, że Ryu nie wspomniał o tym przy pozostałych z X-Laws, w końcu wystarczająco złego im wyrządzili, mieli prawo im nie ufać.

-Taak, nie wiem za wiele, ale wydaje mi się, że mistrz Yoh chce poznać bliżej historię Hao i go zrozumieć, nie powinno nas to w sumie dziwić. -dodał Ryu.

"Ryuuuuuuuuuuuuu....." jęknął w myślach karzełek.

-Rozumiem, tak, to do niego podobne.- stwierdził Lyserg, uśmiechając się lekko.

"Nie mam nic przeciwko by Lyserg wiedział o takich rzeczach, ale mówienie, że Yoh próbuje poznać przeszłość Hao w jednym budynku z tym blond psycholem, to naprawdę zły pomysł. Mam bardzo złe przeczucia."

======================

Cześć! Przepraszam za to całe opóźnienie no i sama notka jest raczej kiepska. To wszystko przez te upały i burze i trochę mi myślenie padło, ale musiałam przez to przejść. Niedługo powinno się zrobić ciekawiej w opowiadaniu! Mam taką nadzieję..... XD Chociaż trochę mi przykro, że nawet pomimo informacji o reboocie Shaman King w przyszłym roku, wciąż prawie nikt nie czyta, a przynajmniej nie komentuje. Ale cieszę się tym, co mam i będę pisać dalej. Od razu przepraszam za błędy, słońce grzeje w pokój, w którym jestem i bardzo chcę przejść do drugiego, a nie chcę opóźniać publikacji. Notka i tak jest słaba więc sobie daruję ten jeden raz. Obiecuję, że się poprawię przy następnej notce!

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Próba Powietrza

-Żałosne. Myślisz, że coś tym zmienisz? Nigdy nie spojrzę na ciebie inaczej niż jak na największą pomyłkę. Chitchi na.-

Yoh otworzył gwałtownie oczy, wypuszczając powietrze z ust. Cóż, jak na ostatnie dni ten sen i tak był wyjątkowo dobry. Nie prześladował go obraz brata i większości albo nie pamiętał, albo po prostu nie było. Jedynie na sam koniec usłyszał jego głos, ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Bądź co bądź, wcale nie liczył na zmianę spojrzenia brata na jego osobę. Może gdzieś tam w głębi miał cichą nadzieję, ale była to taka nadzieja, o której mówi się, że umiera ostatnia. Nie zawierzał jej, ale ją miał. Przecież wszystko się musi jakoś ułożyć. 

Powoli podniósł się do siadu i przeciągnął, ziewając, po chwili natychmiast opuścił ramiona. Rany, które pokrywały je i plecy wciąż nie zagoiły się na tyle, by nie dać o sobie znać. A to przypomniało mu, że czas było sięgnąć po kolejną księgę. Tym razem, podążając dalej za wskazówkami Strażnika Pieczęci, miała to być Księga Powietrza. 

Podczas śniadania atmosfera była napięta. Dzięki wczorajszej przerwie stan psychiczny Yoh znacznie się poprawił, ale powrót do ksiąg oznaczał, że znów zacznie się pogarszać. Jedynie Anna nie dawała żadnych oznak niepokoju. Keiko, choć wspierała i najsilniej wierzyła w przekonania syna, była tak niespokojna, że przelała szklankę z herbatą. Tamao szybko zabrała się za sprzątanie gorącego napoju, ale i jej niepokój odznaczał się większą niż zwykle nieostrożnością. Nic dziwnego, że po chwili Kino przyniosła wyjątkowo mocno cuchnący specyfik do złagodzenia delikatnego oparzenia.

Yoh ignorował zachowanie rodziny, uśmiechał się i zajadał pysznym śniadaniem, po czym wrócił do pokoju, przebrać się w świeżo wyprany kostium do treningów. 

-Gdy tylko skończę, przyślę po ciebie Amidamaru. Nie wiem, ile to potrwa, ale proszę, trzymajcie się z dala od Świątyni. Strażnicy atakują każdego, kto wejdzie do pomieszczenia, w którym odbywa się próba.- powiedział Yoh, zakładając w wejściu swoje sandały. Gdy się wyprostował, stała przed nim Anna. Tym razem, w jej oczach widział troskę, której inni mogliby nie dostrzec. Blondynka skinęła głową.

-Uważaj na siebie.- powiedziała w końcu. Po krótkim milczeniu i kontakcie wzrokowym uśmiechnął się szeroko, zamykając oczy i uniósł dłoń w szerokim uśmiechu.

-Jasne. Do później, Anna.- odparł i odwrócił się, wybiegając na zewnątrz. - Ścigamy się do bramy, Amidamaru?- zawołał, a duch zmaterializował się obok niego. Anna oparła się dłonią o framugę, a wolną zacisnęła na swoich koralach. Na czole, między brwiami pojawiła się delikatna zmarszczka. Mogła mieć tylko nadzieję.


Amidamaru doskonale znał styl życia swojego szamana, powoli też przejmował jego zdolności zachowywania spokoju, ale im bliżej Świątyni byli, tym bardziej zastanawiał się jakie wyzwanie na nich czeka. Yoh spokojnym krokiem wszedł do komnaty i od razu skierował się do właściwej Księgi. 

-Ciekawe, kto jej strzeże.- mruknął i w końcu otworzył Księgę. 

Wiatr, który się zerwał, niemal natychmiast zatrzasnął drzwi i zgasił wszystkie świece, sprawiając, że oboje znaleźli się w całkowitej ciemności. Yoh zasłonił twarz ramieniem, chroniąc się przed ostrymi powiewami. Miał wrażenie, że co jakiś czas wiatr był tak chłodny, że już myślał, że uderzają go lodowe igły. 

-Asakura Yoh.- to było dziwne. Czuł się, jakby to wiatr wymówił jego imię. Głos nie miał żadnego tonu ani wysokości, najbliżej było mu do szeptu, ale tak naprawdę mógł to opisać tylko w jeden sposób. Podmuchy składały się w słowa. Po chwili pojawił się przed nim mężczyzna w czymś, co przypominało koronę. Miał ciemną brodę, sięgającą jego klatki piersiowej, a z pleców wyrastała para skrzydeł, kształtem przypominająca skrzydła motyla, ale zbudowane były z piór, niczym aniele. -Wiatr wiele mi o tobie powiedział.- dźwięk znów zabrzmiał w jego uszach.

-Mówi się, że woda ma pamięć, a drzewa są świadkami wydarzeń zachodzących wokół nich. Ale tak naprawdę, siła powietrza jest niezrównana. Tlen, którym oddychasz, przechodzi przez twój organizm i opuszcza go w postaci dwutlenku węgla.- szeptał wiatr.

-Cóż... W końcu czym byłaby szkoła bez podstaw biologii.- mruknął Yoh z lekkim uśmiechem. Mężczyzna spojrzał na niego surowo.

-Wiem o tobie więcej niż ktokolwiek inny, Asakura. Znam każdy najmniejszy sekret, każdą twoją myśl i wspomnienie. Wiatr mi je opowiedział. A teraz one staną się twoim przeciwnikiem.- powiedział.

-Rozumiem, czyli już wiem czego mniej więcej się spodziewać. Cóż, wiesz już też pewnie, że nie zamierzam się poddać, nieważne jak bardzo będziesz mnie torturować. Pewnie znajdę się na krawędzi życia i śmierci, ale to nic. Zresztą nie muszę ci tego mówić.- szatyn ponownie się uśmiechnął. -Może powiesz mi, kim jesteś?- zapytał uprzejmie.

-Jestem Enlil*. Pan Wiatru i Powietrza, syn Ziemi i Nieba. Ten, który zatopił awanturniczą i głośną ludzkość.- przedstawił się.

-Zatopił? Ale przecież władasz powietrzem.-

-Ale wiatr może poruszać wodą i tworzyć ogromne fale.- mężczyzna zamknął oczy i przez chwilę wiatr krążył wokół jego głowy. -A więc udało ci się zjednać sobie ziemię. Ze mną nie pójdzie ci tak łatwo.- szeptał głos wiatru. Bóstwo wiedziało jednak, że to on będzie musiał się bardzo postarać, bo jego żywioł reprezentował temperament, którego ten szaman był przedstawicielem. 

-W porównaniu do Akera, nie mam zamiaru mówić ci, co będzie ci towarzyszyć, wiedz jednak, że każdy uśmiech będzie kosztować cię brakiem tlenu w organizmie. Możesz stracić swoje życie. Ale tak jak mówisz, nie muszę o nic pytać, twoja odpowiedź na moje niezadane pytanie dotarła do mnie wraz z twoim wydechem. Zacznijmy więc.- mężczyzna zmarszczył brwi i machnął ręką. 

Wiatr uformował niewielką trąbę powietrzną, która otoczyła chłopaka i oderwała go od ziemi. Po chwili wirowania w ciemności, nagle zrobiło się jasno, a on został rzucony o ziemię. Oparł się dłońmi o zieloną trawę i otworzył oczy. Wszystko wciąż mu wirowało, czuł też lekkie mdłości, ale po kilku sekundach wzrok wrócił do normy i dopiero wtedy zauważył, że jego dłonie są znacznie mniejsze. Nie było też bandaży ani ran na przedramionach. Spojrzał po sobie i zamrugał zaskoczony.

-Dlaczego jestem dzieckiem?- mruknął do siebie.

-Znowu gadasz do siebie Yooooooo Asakuuuuura? - usłyszał za sobą znajomy mu głos. Odwrócił się szybko i spojrzał na przynajmniej trzy razy wyższego i pięć razy szerszego chłopaka. 

-Do-Dokugamushi...- wymamrotał zaskoczony. Ale co on tu robił? O co tu chodziło.

-Ooooh, no proszę, aż taki wpływ na ciebie wywarłem, że mnie pamiętasz?- zadrwił chłopak. 

-Tsk.. Wpływ. Jak mógłbym zapomnieć kogoś takiego, jak ty.- mruknął Yoh niechętnie. Nie rozumiał tego, dlaczego był dzieckiem, gdzie właściwie był, dlaczego toważyszył mu Dokugamushi i czemu Enlil mówił o uśmiechu. Młody Asakura odwrócił się i już planował odejść w poszukiwaniu odpowiedzi, kiedy nagle poczuł szarpnięcie i został rzucony o ziemię, z taką siłą, że aż zabrakło mu tchu.

-Ale zdążyłeś zapomnieć, że mnie się nie ignoruje.- zażartował, śmiejąc się głupkowato, jak to zwykle robił, udowadniając swoją wyższość nad Yoh. Chłopak poderwał się z ziemi, zaciskając dłonie w pięści i zagryzając dolną wargę. Nie po to przez tyle przechodził, nie po to nauczył się, jak nie reagować by teraz wszystko wzięło w łeb. Nie przez takiego kretyna. Dzieciaka, który zniszczył całe jego dzieciństwo, nastawiając wszystkich wokół przeciwko Yoh, sprawiając, że każde dziecko w okolicy albo go dręczyło, naśmiewało się i wyzywało, albo się go bało. Przez niego był samotny i przepełniony nienawiścią do ludzi. Z jakiegoś powodu te emocje i uczucia wracały, zastępując ten dobrze znany wszystkim spokój. Choć miał swoje wszystkie wspomnienia i wiedzę, to teraz czuł się jak wtedy. Jak tamto zranione i samotne dziecko.

-Wciąż nosisz te durne słuchawki? Nie mów, że rosły razem z tobą?- drwił z niego dalej, zrywając mu je z głowy. Wargi Yoh rozchyliły się w złości, a jego źrenice zwężyły. -Co się dzieje, kurduplu, czyżbym cię rozzłościł? Ojejej...- drażnił go dalej. Nie wiadomo skąd, w dłoni szatyna pojawił się kamień, który cisnął prosto w głowę znęcającego się nad nim kolegi. Silny podmuch wiatru odbił go, nim ten trafił w cel, a sam Yoh upadł do tyłu od uderzenia prosto w czoło. -Ojejeje, rozzłościłem cię? Jak mi przykro, ale ja dopiero zaczynam.- 

Yoh otworzył oczy, czując ciepłą ciecz spływającą po jego twarzy, dotknął zranionego miejsca palcami, a na opuszkach pozostała jego krew.

O co tutaj chodziło? Dlaczego to tak wyglądało. Enlil zmienił go w dziecko, sprowadził Dokumagushiego, a także ożywił uczucia, które go wtedy zjadały. Dlaczego ostrzegał go przed uśmiechaniem się? Z jakiej racji miał się teraz uśmiechać?

-Dlaczego mi to robisz, Dokugamushi?- spytał, podnosząc się do siadu i ocierając dłonią krew z twarzy.

-Bo jesteś beznadziejny, jedyne, do czego się nadajesz to do bycia popychadłem i narzędziem wykorzystywanym przez innych.- zarechotał głupio. Szatyn zmrużył lekko oczy. - Leniwy obibok bez żadnych ambicji**.-

Słysząc ostatnie słowa, źrenice Yoh się rozszerzyły. To przecież były te same słowa, jakich użył wobec niego Ren podczas ich turniejowej walki. 

-Hehehe, a tak naprawdę?- spytał, siadając na ziemi po turecku i posyłając swojemu oprawcy delikatny uśmiech.

I wtedy to poczuł. Koszmarny ból w klatce piersiowej, czuł jak wszystkie pęcherzyki zwężały się, zadając koszmarny ból. Rozchylił usta i spróbował złapać powietrze, po chwili znów mógł oddychać. Gdy podniósł głowę, Dokugamushi szczerzył się do niego.

-Kurde no, w życiu nie widziałem, żebyś się uśmiechał, może spróbuj jeszcze raz?- mówił niskim tonem, dodając do tego nutę drwiny.

-Ch-chciałbyś.- wymamrotał Yoh.

-Dziwię się, że potrafisz jeszcze się uśmiechać. Po tym, co zrobiłeś.- chłopak przy kości kopnął szatyna, a on przeturlał się kilka metrów dalej.

-A więc miałeś brata? Kurde, jaka szkoda, że taki nieudacznik, jak ty tu został, a twój brat odszedł. Chociaż, skoro dał się tobie pokonać, to pewnie był tak samo żałosny, co ty. Beznadzieja, co za rodzeństwo. Nieudacznik i szaleniec.-

-ZAMILCZ!- Yoh sam siebie nie poznawał. Poderwał się na równe nogi i ruszył na swojego przeciwnika. Usłyszał tylko rozbawiony śmiech, zanim dziwna siła odepchnęła go w powietrze, a potem rzuciła nim o ziemię, twarzą w dół. Poczuł, że chyba pękło mu żebro, jedno lub więcej. Nie, to nie o to tu chodziło. 

-No tak, zabawny jesteś.- zarżał Dokugamushi. Yoh podniósł lekko głowę. Dokugamushi znowu użył zwrotu Rena. To nie mógł być przypadek. Ren zaczął zmieniać swoje podejście, po walce w Turnieju, z której cytat padł już po raz kolejny. 

"Zedrę ten durny uśmieszek z tej durnej twarzy!" 

"Ale ty... Ty jesteś spokojny... Jak wiatr." 

Te słowa, kiedyś wypowiedziane przez Rena, rozbrzmiał w jego głowie. Spokój, uśmiech. No tak, wracając do postaci dziecka, wiatr odebrał mu to, czego nauczył się w Yomi, zatracił spokój i dał się ponieść, jak wtedy, gdy był dzieckiem. Miał się nie uśmiechać, bo wtedy będzie tracił dech w piersi. Jego wzrok padł na zieloną trawę. Ziemia... Żywioł, który łączył wszystkie inne. Rośliny w procesie fotosyntezy wytwarzały tlen, który miał być mu odbierany, za każdym razem, gdy się uśmiechnie. Determinacja. Determinacja musiała być cechą, która będzie obecna w każdym teście, jak ziemia jest potrzebna, by pozostałe żywioły mogły funkcjonować. To ona będzie sprawdzana. A więc ostrzeżenie, które dał mu Enlil, było wskazówką. 

-Tak, no wiem, nie jesteś pierwszy, który mi to mówi.- odparł Yoh i odwrócił się, trzymając się za żebra, po chwili posyłając przeciwnikowi uśmiech. Okropny ból w klatce piersiowej powrócił. Ledwo utrzymał się na dłoni, cały zaczął się trząść, ale wytrzymał, po chwili płuca znów przyjęły tlen.

-Ale wiesz, nigdy nie dałeś mi specjalnie okazji, żeby pokazać, że nie jestem taki zły.- dodał.

Kolejny uśmiech i kolejna koszmarna fala bólu. Od niedotlenienia czuł, że zaczyna mu pękać głowa i co gorsza, ból nie znikał, nawet gdy płuca znów były w stanie przyjąć powietrze. 

-Zastanawiam się, kto cię do tego sprowadził. Myślisz, że nikt nie przyjaźniłby się z tobą, gdybyś nie udowadniał swojej wyższości nad innymi?- spytał, patrząc na swojego wroga łagodnie.

-ZAMILCZ!- tym razem to Dokugamushi wrzasnął, a jego pięść wymierzyła Yoh silny cios w twarz. Czerwona plama skapnęła na zieloną trawę z nosa chłopca.

-Śmiali się z ciebie wcześniej, prawda? Kiedyś to ty byłeś ofiarą znęcania się, mam rację? Więc wiesz, jak ja się czuję?- zwrócił w jego stronę zakrwawioną twarz i ponownie posłał mu szczery uśmiech. Jego mięśnie odmówiły współpracy, gdy tylko tlen został mu ponownie odebrany. Opadł na ziemię bezsilnie, trzęsąc się i wijąc w dłuższej chwili bez tlenu. Dokugamushi obserwował go, zaciskając dłonie w pięści.

-Więc, gdy... trafiłeś do nowej szkoły, postanowiłeś się natychmiast postawić wyżej niż inni. Upewniłeś się, że nikt nie będzie miał odwagi przeciwstawić się wielkiemu Dokugamushiemu.- wymamrotał Yoh. -Tak naprawdę nic do mnie nie masz, prawda? Wybrałeś mnie, bo jestem słaby.- przekręcając się na plecy, znów się uśmiechnął. 

Dokugamushi patrzył, jak szatyn kulił się przy ziemi, czerwona krew, płynęła z jego nosa oraz rany na czole, był siny. Pulchna dłoń rozluźniła się i cała drżała.

-Miałeś swoje powody, by się tak zachowywać, prawda? Każdy ma swoje powody. To nie tak, że ktoś od początku rodzi się zły.- kolejny uśmiech. Yoh poczuł metaliczny smak, słodki w ustach, a gdy je rozchylił, próbując łapać powietrze, czerwona krew popłynęła po jego policzku. Serce biło boleśnie, błagając o tlen, a umysł powoli zaczął odmawiać posłuszeństwa. Odkaszlnął krwią, która tylko bardziej splamiła jego twarz, ale nie przestawał się uśmiechać, choć nie mógł oddychać.

-Może... za-cznie...my... od...no-wa...- wymamrotał, patrząc na swojego dotychczasowego wroga. 

-Jak ty... wciąż możesz się uśmiechać....?- jęknął Dokugamushi.

-Wiesz... Ża-Żałuję, że to...tylko próba...- Yoh przekręcił się na bok, by wypluć kolejną porcję krwi, żeby się nią nie zadławić. -Może... jak już stąd wyjdę... powinienem cię... odwiedzić.... Wciąż... Wciąż mieszkasz w Izumo?- spytał, choć całe jego ciało trzęsło się, a każdą praktycznie sylabę przerywała próba wciągnięcia powietrza. Miał otwarte oczy, ale świat stawał się coraz czarniejszy. Serce biło coraz wolniej i coraz słabiej walczył o powietrze. Ale uśmiech nie znikał z jego twarzy. I nagle wszystko ustało. Ból serca i klatki piersiowej, prócz złamanych żeber, minął. Tlen powoli rozchodził się po jego ciele, choć on łapczywie wciągał powietrze. Gdy podniósł wzrok do góry, w miejscu Dokugamushiego był Enlil.

-Bez wątpienia jesteś niezwykłą osobą, Asakura Yoh. Twym największym wrogiem był kolega z dzieciństwa, twoje serce nienawidziło go najbardziej ze wszystkich znanych ci osób. Właściwie, był jedyną osobą, którą nienawidziłeś. Twoim zadaniem było wybaczyć mu, ale też sprowadzić go do momentu, kiedy poczuje wobec ciebie szacunek i sympatię. Masz w tym dość duże doświadczenie, potrafisz odczytywać innych ludzi i być przy tym spokojny, jak wiatr. Nawet jeśli, na włosku wisi twe życie i marzenia. To nie tak, że się tego nie spodziewałem, ale wiatr zna przeszłość, nie przyszłość. Możesz wejść do Księgi Powietrza.- powiedziało bóstwo, po czym machnęło ręką. Niewielki wir znów otoczył Yoh, przenosząc go z powrotem do jego wymiaru. Zamknął oczy, starając się nie zwymiotować i tak trwał przez chwilę, nawet gdy wylądował na podłodze.

-Yoh-dono!- zawołał Amidamaru, materializując się obok szamana.

-Nic mi... nie jest...- wymamrotał głosem osoby, która mogła zwrócić śniadanie w każdej chwili. Podniósł się słabo na drżących ramionach, a wzrok obojga przykuła książka, niesiona przez delikatny wiatr, kładący ją przed chłopakiem.

-Powodzenia, Asakura Yoh.- usłyszeli jeszcze. 

-Yoh-dono! Twoja twarz!- jęknął samuraj, widząc zakrwawioną buzię swojego przyjaciela.

-Aaa... Trochę mi się oberwało, ale przynajmniej nie ubrudziłem kostiumu.- jęknął chłopak, prostując się nieco, natychmiast sycząc z bólu od złamanych żeber. -Zabiją mnie...- mruknął na myśl o przyznaniu się do złamań przed rodziną.

-Zawołasz Annę?- spytał, powoli wstając i kierując się do misy z wodą, z której korzystał ostatnio. Amidamaru kiwnął głową i zniknął. Yoh spodziewał się kilku minut, nim narzeczona do niego dołączy, więc nie śpieszył się ze spłukiwaniem krwi z twarzy. I to był błąd, bo jak się okazało, Anna czekała pod świątynią.

-Yoh?!- wrzasnęła blondynka, a chłopak aż podskoczył, po chwili stękając boleśnie i chwytając za połamane żebra, a zaczerwieniona od krwi woda w jego dłoniach rozlała się po jego kostiumie.

-Ugh, a już się cieszyłem, że jest czysty...- jęknął.

-Czekam na wyjaśnienia!- blondynka natychmiast znalazła się przy szatynie.

-Anna, daj spokój, nie spodziewaj się, że będę wychodził cało z prób...- chłopak powrócił do spłukiwania krwi z twarzy.

-Nie podoba mi się to, Yoh. Tak wiele ryzykujesz, a nawet nie wiesz, czy to ci coś da....-

-Myślałem, że chciałaś, żebym stał się potężniejszy. Chcesz przecież, żebym zapewnił ci spokojne życie jako Królowa Szamanów, sama mówiłaś, że nie wyjdziesz za słabeusza, więc nawet jeśli te próby mnie wykończą, to tylko znaczy, że jestem słaby. Jakoś nie przeszkadzało ci, kiedy walczyłem na śmierć i życie, więc teraz też niech ci to nie przeszkadza.- warknął chłopak, a Anna zmarszczyła brwi. Nie podobało jej się, jak Yoh się do niej odezwał, w jaki sposób mówił o niej i jej podejściu do niego. Przecież wiedział, że tak nie było. Po kilku sekundach sam Yoh zrozumiał, co właśnie powiedział i nie był w stanie stwierdzić, co w niego wstąpiło. -Przepraszam Anna, nie wiem, czemu to powiedziałem. Chyba po prostu nie chcę, żebyś tak bardzo się o mnie martwiła. Po prostu potrzebuję wsparcia, a zamartwianie się całej rodziny zdecydowanie mi go nie daje. Przecież mi ufasz, prawda?- spytał, uśmiechając się do niej szeroko. Zarówno twarz blondynki, jak i jej spojrzenie się nie zmieniły. Bez słowa zdjęła korale z szyi i wymawiając inkantację, z dwoma palcami drugiej ręki przy ustach, rzuciła je w powietrze, by stworzyły one bramę do Księgi Powietrza.

-Idź.- mruknęła i już miała się odsunąć, kiedy Yoh, chwycił ją za łokieć i przyciągnął do siebie, zamykając w delikatnym uścisku.

-Proszę, zaufaj mi. Potrzebuję tego teraz najbardziej.- powiedział cicho. Znad jego ramienia, czarne oczy blondynki wpatrywały się z zaskoczeniem w ścianę. Nie pamiętała czy Yoh kiedykolwiek ją tak przytulił. Czy w ogóle kiedykolwiek miał odwagę ją przytulić. 

-Ufam ci. Nie ufam Hao.- powiedziała, obejmując chłopaka lekko, ale ten natychmiast się skurczył.

-Aj tatatata....- wymamrotał, puszczając dziewczynę i chroniąc swoje żebra.

-Yoh.....-

-To do później!-

-YOH!- krzyknęła za nim, gdy ten szybko pokuśtykał, trzymając się w pasie i zniknął w portalu. -No naprawdę...- przewaliła oczami, zdając sobie sprawę, że chłopak musiał mieć uszkodzone żebra.

*Enlil - bóg powietrza z mitologii sumeryjskiej. 
** Ren w mandze nazwał Yoh ambitionless slacker, przyznam, że szukałam czegoś w anime, bo w wydarzeniach od przyjazdu Yoh do Tokio do walki w Sanktuarium wzoruję się na anime, ale nie mogłam znaleźć nic pasującego, więc skorzystałam z mangi, którą teraz ponownie czytam.


=====================


I znowu wracam po tygodniu! Mam nadzieję, że tym razem wyłapałam śmieszne literówki XD Z tym szatanem, to pamiętam, że nie mogłam się zdecydować czy napisać "szatyn" czy "szaman" no i wyszło, jak wyszło. 

Jeśli chodzi o tą próbę, znów wzoruję się na teorii humoralnej. Dla powietrza atrybutami są: dzieciństwo (stąd przemiana Yoh w dziecko), wiosna (zielona trawa), krew (krew z ust), słodki smak (jej posmak), serce (ból, który czuł, gdy tracił powietrze), a temperament - sangwinik. Yoh zdecydowanie jest typem Sangwinika, o czym świadczy jego nie przejmowanie się tym, na co się nie ma wpływu, uznawanie, że wszystko jakoś się ułoży i wieczny uśmiech. 

No i co, do zobaczenia za tydzień? :D 

niedziela, 31 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Cmentarz

Tej nocy nie tylko Yoh nie mógł spać. Dwa pokoje dalej, pusty pozostawiając ten, który był przygotowany dla drugiego z bliźniaków, pewna blondynka również nie mogła zmrużyć oka. Siedziała na parapecie, z nogami zgiętymi lekko w kolanach, a delikatny wiatr lekko rozwiewał jej jasne włosy i choć było już późno, a temperatura nieco spadła, nie marzła. Można nawet rzec, że rześkie powietrze działało kojąco.

To nie tak, że Anna nigdy nie martwiła się o Yoh, jedynie inaczej to okazywała, a jej wiara w zdolności narzeczonego była silniejsza od strachu. A może po prostu nie umiała sobie wyobrazić, że któregoś dnia mógłby po prostu nie wrócić. Tak przynajmniej było przed informacją o istnieniu Hao. Wciąż jednak zachowywała spokój, aż do dnia sabotażu turnieju. Wiedziała, że Hao jest silniejszy, na własne oczy widziała zaciętą walkę, która miała miejsce po powrocie Yoh do życia. Może ze względu na poziom adrenaliny, tamto zamartwianie się było zupełnie inne niż to, co odczuwała teraz. Coś jej mówiło, że droga obrana przez Asakurę jest bardzo niebezpieczna, czuła, że coś złego czyha w nadchodzących dniach. Wiedziała jednak, że nie może nic zrobić. Słuchawkowy był zbyt uparty i nawet jeśli rozkazałaby mu zaprzestać czytania ksiąg Wielkiego, nie posłuchałby. Nie tym razem. Najprawdopodobniej wspomniałby o zaklęciu otaczającym Księgi, a że to ona otwiera portale do ich świata, to strach, który mają wywoływać wpływa i na nią. Właściwie, skąd miała wiedzieć, czy to rzeczywiście nie jest tym spowodowane? Skoro to nie ona wchodzi do świata Ksiąg, a jedynie umożliwia to Yoh, to może Księgi jedynie wywołują u niech silniejszy strach o chłopaka.

Niepokoiło ją kilka aspektów. Przede wszystkim próby, którym poddawany miał być chłopak. Pierwsza pozostawiła po sobie te straszne, głębokie i czarne zadrapania. Mogły doprowadzić do wykrwawienia się chłopaka, a pozostałe miały przecież być jeszcze bardziej niebezpieczne. Kolejną przyczyną zmartwień blondynki był wpływ zawartości na młodego Asakurę. Wciąż stała po jego stronie i chciała go wspierać, ale jej podejście nie różniło się wiele od podejścia Mikihisy. Już teraz widziała, że chłopak zaczął się zmieniać. Częściej był pogrążony we własnych przemyśleniach, nie jadł, wyraźnie się nie wysypiał, nie za bardzo chciał się dzielić swoimi przeżyciami czy myślami, nie wiedziała co siedzi w jego głowie, ale zaczynała się obawiać, że choć Hao został pokonany, to jego wspomnienie może trwale zmienić Yoh.

A zmiana w cichego chłopaka, żyjącego wyrzutami sumienia mogła się okazać lepszą wersją zmian, które mogły im grozić.

Wiedziała jednak, że najgorsze co mogą zrobić, to odsunąć się od Yoh. Musieli okazać mu wsparcie i zrozumienie.

Tej nocy, oboje prawie w ogóle nie spali, siedząc na parapetach ich własnych pokoi, wpatrując się w gwiazdy na niebie.


Niewyspana Anna to zła Anna. Yoh szybko to odczuł, gdy blondynka dwa razy ostrzej niż wczoraj przypomniała mu, że ma zakaz zbliżania się do świątyni Wielkiego w ciągu najbliższych 24 godzin. Oraz kiedy próbował nie zjeść całego śniadania. Grzecznie więc skończył poranny posiłek i obiecując kilka razy, a następnie akceptując obecność Shikigami dziadka, które miały pilnować dotrzymania obietnicy, wyszedł. Podczas wczorajszego spaceru z Anną, jego wzrok przykuła pewna brama i doskonale wiedział dokąd ona prowadzi. To też był jego cel. Przywitał się z trenującą Tamao, dopingując ją przez kilka minut, po czym skierował swoje kroki we właściwą stronę.

Stara brama zaskrzypiała, gdy Yoh powoli ją otworzył. Przed nim znajdował się piękny cmentarz. Był zupełnie inny niż te w Tokio. Miał w sobie coś, co pozwalało Yoh odczuć czas i historię tego miejsca. Porośnięte lekkim mchem kamienne schodki i starsze, wysokie nagrobki dawały mu niesamowity wygląd, od razu świadcząc, że pochowani na nim są wszyscy członkowie klanu Asakura. Yoh podniósł drewniane wiaderko i nalał do niego wody, a do kieszeni spodni schował gąbkę i szczotkę oraz zapałki, natomiast w drugiej dłoni trzymał świeczkę. Im głębiej się zapuszczał, tym starsze były groby. Patrzył na każde z imion, a nazwisko za każdym razem było takie samo. Asakura. Zatrzymał się przy imieniu, które ostatnio "obiło mu się o uszy". Yohken.

Zastanawiał się, jaki był i jakie miał podejście wobec Hao. Pewnie zupełnie inne niż on. Nie był jego bratem, nie dzielił z nim duszy, ba, wtedy nawet nie byli wtedy rodziną. To była reinkarnacja Hao, ale z plemienia Patch i siłą rzeczy było inaczej. Yoh powoli, lecz dokładnie zajął się oczyszczaniem grobu swojego poprzednika. Jak na coś, co stało tu 500 lat był naprawdę dobrze zachowany, najwyraźniej musiał być często odwiedzany. Nawet stała tu jeszcze dość świeża świeca, nie do końca wypalona. Przed Yoh wciąż była dość sporo część cmentarza, pnąca się w górę między drzewami. Postanowił w końcu zapalić świeczkę, która już stała na grobie, a sam szczyt polał wodą nabraną z drewnianego wiaderka. Dłonie złożył razem i zamknął oczy, przez kilka minut oddając się modlitwie.

Opuszczając grób Yohken'a, skierował się dalej, na wzgórze w głąb cmentarza. Im wyżej, tym starsze były nagrobki i coraz mniej zadbane, ale na pewno lepiej niż na publicznych miejscach pochówku. W końcu dotarł na sam szczyt. Gdyby szedł tędy rozmawiając z kimś, na pewno odebrałoby mu mowę. Okolica była tak bardzo zaniedbana, że miał wrażenie, że odkąd to miejsce powstało, nikt tu nie wchodził. Drzewa i krzewy rosły wszędzie, tworząc mały las na szczycie wzgórza. Szczerze mówiąc, z daleka patrząc na cmentarz, nawet nie wiedział, że wzgórze jest jego częścią. W gęstwinach wysokiej trawy widać było niewielkie kamienne bloki z symbolem gwiazdy i to właśnie one świadczyły o tym, że warto iść dalej, choć ścieżka była kompletnie zarośnięta i musiał uważać, żeby nie kopnąć w któryś z kamieni. W sandałach byłoby to bardzo bolesne przeżycie. Niewielka brama miała zawaloną górną część, a zaraz za nią stał kamień ze znakami kanji, który pewnie w ogóle by nie zrozumiał, nawet gdyby nie były wyblakłe i porośnięte mchem. Górna część kamienia również była pęknięta, a kawałek, który odpadł leżał kilka kroków dalej. Po lewej omszałe schodki kierowały na najwyższą i docelową część wzgórza.

Imię i nazwisko umiał odczytać. Więc jednak rodzina zajęła się odpowiednim pochówkiem pierwszego z Asakurów. Choć wyraźnie na nagrobku tkwiła też inkantacja, która najpewniej była złożona w celu utrzymania ducha Hao z dala od świata żywych zaraz po jego zamordowaniu. Obok zniszczonego, porośniętego mchem kamiennego grobu stała też sotoba, drewniana tabliczka z datami sprzed 500 lat. Zapewne postawiona przez Yohken'a. Yoh poczuł jak w gardle rośnie gula, a oczy zachodzą lekką mgłą. Zacisnął mocno usta w cienką linię i ostrożnie podszedł do tabliczki, klękając przy niej. Nie miał niestety nic, czym mógłby wyciąć na niej nowe daty. Obiecał sobie, że wróci następnego dnia.

Z jednej strony cieszył się, że tu przyszedł, a z drugiej, stojąc właściwie na grobie swojego przodka, który w trzecim życiu był jego bratem bliźniakiem, sprawiało, że teraz przechodził przez prawdziwą żałobę. Powoli, zabrał się za zbieranie gałęzi i zwiędłych liści z samego grobu.

-Amidamaru...?- zaczął Yoh, a stróż zmaterializował się obok niego.

-Nie wiem jak mam o to zapytać, przepraszam, jeśli przywołam jakieś przykre wspomnienia, ale... czy ktoś kiedyś przyszedł na twój grób?- spytał niepewnie. Samuraj odpowiedział dopiero po chwili milczenia.

-Większość czasu spędziłem uwięziony przez rodzinę Fudou, nawet jeśli ktoś przyszedł, nie było mnie wtedy na Strasznym Wzgórzu.- odpowiedział. Szaman kiwnął głową ze zrozumieniem. Samuraj przez chwilę wpatrywał się w niego, domyślając, co kryło się za tym pytaniem. -Wiem jednak, że duchy przodków słyszą modlitwy składane nad ich grobem. Nawet jeśli są w zaświatach.- dodał. Wyraźnie było to coś, co Yoh chciał usłyszeć.

Siedział tam już ponad godzinę, a grób nie wyglądał ani trochę lepiej. Gałęzie odrzucił na bok, planując wyniesienie ich w ciągu kilku dni, ale mech i bluszcz oraz wyrastająca spomiędzy kamieni trawa były bardzo upierdliwe. Końca jego pracy nie było widać. W pewnym momencie, gdy próbował wyrwać chwast z naprawdę głębokim korzeniem, poślizgnął się na mchu i upadł do tyłu obijając swoje cztery litery boleśnie o kamienną krawędź. Przelało to czarę tego, co już bardzo chciał zrobić. Przechylił się jedynie by usiąść na kolanach, a dłonie położył na udach, zaciśnięte w pięści.

-Wybacz mi, Hao, że nie uprzątnąłem twojego grobu przed modlitwą. Właściwie, nie jest to jedyna rzecz, którą chciałbym, żebyś mi wybaczył. Mam nadzieję, że gdziekolwiek teraz jesteś, czekając na następny Turniej Szamanów, usłyszysz moją modlitwę.- Amidamaru zdematerializował się, chcąc dać Yoh pełną prywatność. -Tak bardzo żałuję... Rozumiem twoją niechęć do rodziny, przyznaję, że i ja ją odczuwam. Nie tylko do tych, sprzed tysiąca czy pięciuset lat. Gdybym wiedział wcześniej o twoim istnieniu, może... dałoby się to załatwić inaczej. Może... mógłbym cię uratować. Wiesz, kiedyś miałem przyjaciela, mój pierwszy duch stróż, Matamune, był nekomatą. Właściwie, pewnie go znasz, miał ponad tysiąc lat. On też... kogoś kiedyś zawiódł i do końca tego żałował. Dlatego poświęcił się, żebym mógł uratować Annę. Ona mu przypominała osobę, którą stracił i przez tysiąc lat żył wyrzutami sumienia. Teraz rozumiem jego ból, o którym mi opowiadał, zanim wykonałem na nim Hyoi Gattai. Tak jak o tym myślę, to zastanawiam się, czy nie mówił czasem o tobie. Gdybym tylko miał taką samą okazję na ocalenie cię, jaką miałem z Anną. Przysięgam, że zrobiłbym wszystko.- po policzkach zaczęły ciec słone łzy, które skapywały na mech przed nim. Yoh potrzebował kilku minut, by znów móc mówić. -Przepraszam cię, Hao. Nie wiem, dlaczego nie próbowałem tego zrobić inaczej, a przecież dawałeś mi szansę. Może gdybym do ciebie dołączył i spędził z tobą trochę czasu, udałoby się nam wspólnie odnaleźć lepszą drogę. Boję się myśleć, że może ty specjalnie rozdzieliłeś swoją duszę na dwie części, bo nie chciałeś być sam, a ja... Zamiast pokazać ci, że nie musisz i wspólnie z tobą znaleźć sposób na ocalenie planety.... Poszedłem za tym, co mówiła rodzina. Tak naprawdę wbrew sobie. Hao, nie wiem, czy czujesz, kiedy otwieram twoje dawne księgi, ale... Przysięgam, że nie zostawię tego tak. Nie... Nie oczekuję wybaczenia, tego, co zrobiłem chyba nie da się wybaczyć. - jego głos drżał, gdy to mówił. Bardzo chciał wierzyć, że tak będzie, ale wiedział, że w oczach starszego nie zasługiwał.

-Przysięgam ci, Hao, zostanę Królem Szamanów i spełnię twoje marzenie, ale po swojemu. Naprawię tę planetę, przypomnę ludziom co naprawdę się liczy i czym jest ta planeta. Znajdę sposób. Musi jakiś być. Musi się udać. Nie odpuszczę, nigdy. Kto wie, może uda mi się powtórzyć twoje osiągnięcie. Opanować wszystkie punkty Wuxing i odrodzić się razem z tobą, a wtedy dać ci to, czego nie miałeś przez ostatnie trzy życia, podczas gdy planeta będzie przeze mnie naprawiona. Obiecuję, że to zrobię, obiecuję.- powtarzał, jednocześnie motywując samego siebie.

-Przeszedłem już przez Senji Ryakketsu* i Księgę Ziemi. Zostały jeszcze cztery. Wiem, że będą trudniejsze, ale ja się nie poddam, słyszysz? Przejdę wszystkie próby. Poznam cię lepiej, Asaho, od innej strony niż wszyscy. Nie zostawię cię tak.- zatracony w monologu, osłabiony przez płacz, ale też przeżycia z ostatnich dni sprawiły, że Yoh musiał podeprzeć się dłońmi o ziemię.

-Twój grób jest taki zaniedbany. To cud, że ktoś w ogóle pomyślał, by go postawić, ale nikt najwyraźniej nie palił się do dbania o niego. Wiem, mają swoje powody, ale... Tak nie powinno być.- Yoh pochylił się i oparł przed ramionami o pokrywę grobu, chowając w nich swoją twarz. Jego łzy spływały na mech. Minęło chyba pół godziny, nim Yoh się uspokoił.

-Przepraszam, jeśli naprawdę mnie słyszysz, musisz uważać mnie za słabego i żałosnego.- powiedział i zaśmiał się cicho. -Chitchi na**- mruknął, cytując często określenie padające z ust Hao. Podniósł głowę i otarł twarz bandażem na dłoni, wciąż chroniącym jego poparzenia. Gdy otworzył oczy... widok zaparł mu dech w piersi.

Trawa, liście i chwasty zniknęły. Sam nagrobek był jedynie poszarzały, a bluszcz piął się po nim i delikatnie owijał go, ale w zupełnie inny sposób, jakby był specjalnie ułożony by obejmował kamień niczym ozdoba, nie jak coś, co nie powinno tu rosnąć, natomiast płyta nagrobka pokrywa była równomiernym mchem, tworząc piękny, zielony całun. Jedynie u podstawy kamienia było puste miejsce na świecę. Oniemiały szatyn spojrzał na swoje dłonie, a później znów na oczyszczony i ozdobiony darami ziemi grób.

-Ja to zrobiłem?- wymamrotał, a zaraz uśmiechnął się szeroko. Oczywiście nie oznaczało to, że ziemia już postanowiła się mu podporządkować w pełni, ale przynajmniej teraz otrzymał odrobinę zaufania. Poderwał się z miejsca i trzymając w dłoni gąbkę zająć się oczyszczaniem samego kamienia nagrobka z resztek brudu, a następnie polał jego szczyt. Podniósł z ziemi świecę, którą przyniósł i zapalił ją zapałką, stawiając ją na czystym od mchu miejscu.

Zostało jeszcze jedno. Nie był pewien czy to zadziała. W niektórych wierzeniach dotyczących pięciu żywiołów drewno było oddzielnym elementem. Jednak Wuxing nie brał go pod uwagę, a najbliżej mu było mimo wszystko do ziemi. Podszedł do drewnianej tabliczki i zamknął oczy, palcem rysując nowe znaki, tym razem oczyszczając myśli ze wszystkiego, prócz treści, którą zapisywał palcem na drewnie i wierze w moc żywiołu.

Gdy otworzył oczy ujrzał to, co chciał, wycięty w drewnie napis.

"Mojemu bratu. 12.05.1985 - 20.06.2000***"

Yoh podniósł się z zadowolonym z siebie uśmiechem, dziękując opiekunom ziemi za ich zaufanie i pozwolenie na użycie mocy na takim poziomie, nie był pewien na jak dużo mu pozwolili i postanowił, że zapyta o to przy okazji następnej wizyty w kolejnej księdze. Gdy się odwrócił, obok niego znów był Amidamaru. Patrzył na słuchawkowego z nieukrywaną dumą. Był dumny z tego, jak Yoh się rozwijał jako szaman. Białowłosy przeniósł wzrok na grób, a w jego głowie pojawiła się myśl, że w gruncie rzeczy ma Hao za co dziękować. To on rozpoczął historię rodu Asakura, a Yoh szedł coraz dalej dzięki motywacji, jaką wzbudziła chęć odpłacenia się bratu za zło wyrządzone przez poprzednich członków rodziny. Zamknął oczy i pochylił nisko głowę, tym samym okazując pierwszemu Asakurze szacunek.

-Dziękuję, Amidamaru.- powiedział Yoh kilka minut później, gdy kierowali się do wyjścia z cmentarza.

-Zdążyłem się już przekonać, że twoja intuicja jest niepowtarzalna. Myślę, że Hao słyszał twoją modlitwę. Będę ci towarzyszył na drodze do zostania Królem Szamanów i wspierał twoją misję z opanowaniem Wuxing.- odpowiedział duch.

-Skoro o tym mowa...- Yoh wyrzucił gałęzie, które wcześnie odłożył na bok do kontenera, a kierując się w stronę domu, podrapał się niepewnie po karku. -Czy jeśli uda mi się odrodzić za 500 lat, mogę liczyć na twoją obecność? Może mógłbym cię po prostu zabrać tak, jak Hao zabrał z powrotem Ducha Ognia.- zaśmiał się Yoh.

-Czułbym się urażony, gdybyś mi tego nie zaproponował, Yoh-dono.- odpowiedział z rozbawieniem samuraj, po czym oboje wybuchli śmiechem.


Reszta dnia minęła Yoh znacznie lepiej niż poprzednie dni. Wszyscy dostrzegli tę nagłą zmianę w zachowaniu szatyna, nieschodzący z twarzy uśmiech, typowe dla niego poczucie humoru i pozytywne nastawienie. Trzeba przyznać, że nawet Yohmei odetchnął z ulgą. Mieli nadzieję, że ten nastrój utrzyma się dłużej i starali się nie myśleć o powrocie do Ksiąg wraz z następnym dniem.



*Senji Ryakketsu - zmieniłam nazwę Księgi Szamanów, którą Yoh czytał w notce "Księga Szamanów", wyjaśnię dlaczego poniżej.
** Chitchi na - czasami zapisywane jako "Chicci na". To znane "So tiny/small/pathetic". Hao wypowiada to zarówno w mandze jak i japońskim anime (pokonując ostatniego z Wodzów, przerywając atak Yohmei po narodzinach, w stronę młodego Lyserga po zamordowaniu jego rodziców, w trakcie swojej pierwszej walki w II Rundzie Turnieju, chwytają Jeanne pod Bramą Babilonu i walcząc z Mikihisą.)
*** data śmierci Hao jest przeze mnie wymyślona. Akcja Turnieju ma miejsce w 2000 roku wypchnęłam to więc tak, jakby szamani wyruszyli do Patch pod koniec marca, w kwietniu przeszli przez pustynię, a w maju i czerwcu trwała II Runda.

======================

Witam po tygodniu! Ah, jak mi brakowało pisania! Ale miałam zajęcie, kupiłam książkę o Yokai i przez cały tydzień się w nią zaczytuję. Przyznam, że nie miałam pojęcia, że postać Hao jest wzorowana na postaci historycznej, wokół której krążą legendy. Abe no Seimei jest naprawdę fascynującą postacią, ale powiem wam, że brak świadomości wcześniej i odkrycie tego wraz z poznaniem tej postaci w książce było bardzo fajnym przeżyciem. Kiedy czytałam, w jakich czasach żył, potężny onmyouji zgłębiający tajemnice filozofii Wuxing i moje pierwsze "heh, normalnie jak Hao", później informacje o symbolach gwiazdy, Shikigami, które według legendy posiadał, informacje o matce, która była ocalonym lisem, co łączy się z nazywaniem Asanohy "demon fox", ale jak dotarłam do informacji, że przed staniem się onmyouji nazywał się Douji, czyli tak jak Hao, to już nie wytrzymałam. Po głośnym przekleństwie upewniłam się i rzeczywiście, Hao jest wzorowany na Abe no Seimei. Mało tego, Seimei stworzył albo brał udział w powstaniu księgi Senji Ryakketsu. Tytuł bardzo bardzo podobny to Cho-Senjiryakketsu, prawda? Stąd ta powyższa zmiana, wiem, że nie powinnam jej wprowadzać w trakcie opowiadania, ale nie mogłam się powstrzymać.

Polecam tą książkę, jak wpiszecie "Yokai" na empik.com to będzie, tak samo o Yurei, za którą się jeszcze nie zabrałam. Możliwe, że będę lekko opóźniać opowiadanie ze względu na nowe informacje z książek, które mogą mi się przydać, ale tylko możliwe, za bardzo lubię tą historię, więc pewnie znajdę sposób albo będę wrzucać one-shoty jeżeli będę potrzebować chwili na zapoznanie z książkami.

Widzę też, że trochę osób czyta moje opowiadanie, a przynajmniej ostatnia notka miała 22 wyświetlenia. Nie zmuszam oczywiście, ale byłoby mi miło przeczytać kolejne komentarze! To tylko takie tam marzenie, same wyświetlenia też mnie cieszą, więc drogi czytelniku, nie czuj się jakoś bardzo zobowiązany, to po prostu miłe przeczytać komentarz :D

Jednocześnie dziękuję Aomori i Villemo za komentarze! <3

Do zobaczenia za tydzień!

niedziela, 24 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Księga Ziemi

Gdy tylko Yoh przeszedł przez portal, odetchnął z ulgą. Gdyby Anna zauważyła jego rany, na pewno nie pozwoliłaby mu jeszcze dzisiaj wejść do świata tej Księgi. Poza tym musiałby się tłumaczyć i opowiadać o przeżyciach z ostatnich dwóch dni i jej i rodzinie, a tego chciał uniknąć. Na razie. To znaczy, wiedział, że i tak musi to zrobić, ale w tym przypadku wolał później niż wcześniej. Chociaż fakt, że Anna zauważyła rany, gdy wbiegał do portalu oznaczał, że będzie na niego podwójnie zła.

-Niczego się nie nauczysz, jeśli twoje myśli będą zupełnie gdzie indziej, niż tu.- przed nim pojawiła się sylwetka jego przodka i choć słuchawkowy był obolały i zmęczony, a przed nim było jedynie wspomnienie zamknięte w księdze, uśmiechnął się szeroko.

-Przepraszam, już się skupiam.- odpowiedział, a mężczyzna zlustrował go wzrokiem.

-Widzę, że Aker dał ci dużą lekcję. Zastanawia mnie czy ją zrozumiałeś.- słysząc imię bożka, krótkowłosy spojrzał na swoje ramię. Odkąd próba zakończyła się powodzeniem, rany przynajmniej przestały krwawić. -To dobrze, że wszedłeś tu od razu. Widzisz, Yoh, może ci się wydawać, że to był test na wytrzymałość albo coś, co miało cię odstraszyć. Nie każdy przeszedłby ten test. Nawet używając furyoku nie dałbyś rady, gdyby nie cały zestaw pewnych umiejętności.- wyjaśnił duch, a sceneria zmieniła się. Oboje stali na czarnej niczym węgiel ziemi.

-Strażnikiem Księgi Szamanów były Shikigami...- zaczął Yoh, poniekąd kłamiąc, ale nie był pewien czy powinien wchodzić w dyskusję z Asahą na temat powstania nowej księgi. -Dlaczego tutaj zdecydowałeś się na starożytnego boga?- spytał, a na twarzy mężczyzny pojawił się delikatny uśmiech.

-Zadając to pytanie, poniekąd widzisz już pewną zależność. To proste. Shikigami kontrolowane przez szamana, itako czy onmyouji nie mają własnej woli. Zwykłe duchy postawione w roli strażnika również potrafią głównie walczyć. Duch klasy boskiej potrafi spojrzeć w głąb twojej duszy i serca. Podczas gdy ty jesteś poddawany okrutnym próbom, one widzą czy w ogóle możesz posiąść taką moc. Musisz mieć serce wypełnione zrozumieniem, miłością do natury i determinacją by ta pozwoliła ci się do siebie zbliżyć. Jeżeli potrzebujesz tej mocy tylko po to, by zdobyć potęgę i położyć każdego innego szamana, który stanie na twej drodze, bogowie żywiołu nigdy nie dadzą ci szansy na zbliżenie się do punktu Wuxing.- wyjaśnił mężczyzna.

-Ziemia jest najważniejsza. Tylko ona łączy w sobie wszystkie punkty. Ogień jest w stanie istnieć bez wody, woda bez ognia, powietrze też sobie bez niego poradzi, choć ono jest potrzebne by płomień mógł się palić. A ziemia... Ziemia to nie tylko grunt, na którym rośnie trawa, piach tworzący wydmy i pustynie czy roślinność. To również góry, jaskinie w nich powstałe i magiczne piękno w nich skryte, to również skały i różne ich odmiany, dno oceanów i innych zbiorników. To wszystko, co tworzy wierzchnią warstwę naszej planety.- podczas gdy Asaha mówił, wszystko, co opisywał pojawiało się wokół nich. -Gdyby nie ziemia, woda nie miałyby gdzie się gromadzić, gdyby nie ruchy tektoniczne nie istniałyby rowy ani góry, gdyby nie roślinność nie byłoby tlenu w powietrzu, ale też ogień na naszej planecie nie miałby się jak rozprzestrzeniać. Symbolizuje spokój i harmonię. Potrafi być dobra, jak i okrutna. Wszystko od niej się zaczyna.... i na niej kończy.- przed nimi pojawiło się leżące na ziemi ciało starca, Yoh cofnął się lekko, gdy w ciągu kilku sekund na nim zaprezentowany został rozkład ludzkiego ciała, a po chwili został po nim tylko pył.

-Wszyscy jesteśmy połączeni w wielkim kręgu życia.- mruknął do siebie Yoh, w formie raczej cichego komentarza, bo nie byłby sobą, gdyby nie powiedział czegoś tak błahego, jak cytat z "Króla Lwa".

-Mądre słowa, Yoh.- odpowiedział duch, który oczywiście bajki znać nie mógł i Yoh musiał naprawdę mocno ugryźć wewnętrzną stronę policzków, by się nie roześmiać. Choć przodek słyszał jego myśli, nie skomentował tego, a kontynuował wypowiedź.

-Gdybyś tego nie rozumiał, nawet z tą ilością furyoku, które zgromadziłeś po wizycie w Księdze Szamanów, nie rozdzieliłbyś ludzkich prochów od zwykłego, egipskiego piachu. Aker musiał ci na to pozwolić, inaczej ziemia by cię nie posłuchała. Bóstwa ziemi, jak i każdego innego żywiołu muszą dopuścić cię do tej wiedzy, musisz okazać im szacunek i dobroć, by wiedziały, że nie wykorzystasz tej wiedzy wbrew naturze. Byś nie spowodował trzęsień ziemi, które unicestwią twych wrogów. Te moce, mają służyć jedynie dobru planety.-

-A jeżeli w grę wchodzi zniszczenie ludzi?- spytał niepewnie Yoh, a Wielki spojrzał na niego, przez chwilę mrożąc go wzrokiem.

-To zależy czy potrafią żyć w symbiozie z naturą, czy są jedynie jej szkodnikami.- odparł w końcu. Yoh przyglądał mu się równie uważnie, co on jemu. -Jestem wspomnieniem. Nie umiem odpowiedzieć na dręczące cię pytania, co mną kierowało później. Wiem jedno, gdy powstałem, nie planowałem zagłady. Co stało się później, musisz odkryć sam.-

-Musisz czytać mi w myślach?- mruknął z niezadowoleniem słuchawkowy.

-Nie mam wyboru. Nie panuję nad tą zdolnością. Stała się częścią mnie jak jeden ze zmysłów. Nawet jeśli zasłonisz uszy, niektóre dźwięki i tak do ciebie dotrą. Zamykając oczy w dzień, światło i tak dotrze przez powieki, tak wybudza nas słońce. Wyczuwam w tobie ogromny żal i wyrzuty sumienia, ale kimkolwiek nie stałem się w swojej przyszłości, myślę, że docenię to, co próbujesz zrobić. A teraz wróćmy do lekcji.- Wielki ruszył przed siebie, a Yoh szedł obok niego.

-Każdy z żywiołów jest inny, reprezentują go inne cechy i uczucia, nie zdobędziesz ich siłą. Możesz być najpotężniejszym z szamanów, ale żywioły nie pozwolą się opanować, jeśli nie udowodnisz ich opiekunom, że jesteś ich wart. A że każdy jest inny, to każdemu musisz udowodnić to w inny sposób. Próba, której poddała cię Księga miała za zadanie zwrócić uwagę bóstw ziemi. To oni zdecydują czy możesz posiąść tę zdolność, jeśli będziesz wytrwale ćwiczył swój kontakt z żywiołem. Czy wiesz ,dlaczego wykonaniu próby towarzyszyła ci melancholia?- Asaha ukucnął i położył dłoń na ziemi, po chwili jego dłoń owinął bluszcz.

-Determinacja. Melancholia miała sprawić bym stracił wiarę w siebie, poddał się i odpuścił.-

-Zgadza się. Jak mówiłem, ziemia symbolizuje spokój i harmonię, jeżeli uległbyś smutkowi na tyle, by się poddać, choć twoje ciało pokrywały bolesne rany, to nie jesteś godzien. Aker umożliwił twojemu furyoku rozdzielenie, bo dostrzegł twoją wartość. Te próby nie mają sprawdzić twojej siły jako szaman, a siłę twojego ducha i serca.-

-Dlaczego duch pieczęci powiedział, że ziemia jest najprostszym i najsłabszym z żywiołów?-

-Gdy powstawały Księgi nie miało być żadnej pieczęci. Aker również nie miał być tak brutalny, a księgi nie chroniło żadne zaklęcie. Jednak, gdybym to ja sam przyprowadził cię do ksiąg, również tak bym powiedział. Słysząc, że jest proste i słabe, przywiązujesz najmniejszą uwagę. Czyli podchodzisz do czegoś z najmniejszym poziomem determinacji. Bo przecież miało być proste. To prawda, że Księga Ziemi nie zabiłaby cię tak łatwo. Są różne rodzaje determinacji. Możesz czegoś chcieć, bo chcesz pomóc i masz dobre serce, a możesz czegoś chcieć, by wszystko unicestwić. W tym drugim przypadku, bóstwo ziemi nigdy nie dopuściłoby cię do Księgi, a ty wykrwawiłbyś się od poniesionych ran.-

-Czy żywioły wciąż mogą być posłuszne, nawet jeśli robisz z mocy zły użytek?-

-Tak. Nie rozdrabniając się na bogów przeróżnych wierzeń, żywioł musi ci zaufać, poznać cię i twoje zamiary, stopniowo widzieć jak rozwijasz swoje zdolności, czym się kierujesz i jakie podejmujesz następne kroki. Gdy już ci zaufa, pozwoli się opanować i nie może ci już tego odebrać. Jeżeli w trakcie opanowywania żywiołu zaczniesz przejawiać negatywne ich zdaniem cechy, żywioł nie dopuści cię do wiedzy. Jednak raz dane nie może zostać odebrane. A poza tym, znów myślisz o ludzkości. A musisz wiedzieć, że natura bardzo cierpiała już za moich czasów.-

Yoh pokiwał głową i ponownie spojrzał na swojego przodka.

-Pewnie mi nie powiesz, czego spodziewać się w pozostałych Księgach?- zapytał z niewinnym uśmiechem.

-Nie. Nie tylko dlatego, że musisz to sam przejść, ale też dlatego, że nie wiem jak zostało to wszystko zmienione później. Każda z następnych Ksiąg będzie wystawiać cię na ponowne próby, nie ma sensu używać furyoku zbyt wcześnie, niektóre w ogóle go nie wymagają, a inne potrzebują zdolności nabytych z poprzednich.- wyjaśnił, stając teraz przodem do Yoh. -Przekazałem ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o ziemi, dalej musisz już iść sam, w swoim świecie. Pamiętaj, czego się nauczyłeś i staraj się współpracować z tym żywiołem, do zobaczenia w następnej księdze, Yoh.-

-Tak, do zobaczenia, Asaha-sama.- odpowiedział szatyn, a po chwili portal wyciągnął go ze świata Księgi.

I natychmiast położył go silny cios pięścią w twarz.

-Do domu! Natychmiast!- warknęła Anna, wciąż ogromnie wściekła na chłopaka za tak, według niej, nieodpowiednie zachowanie. Yoh nawet nie próbował pyskować, tylko w ciszy szedł za nią.


-Ała...- jęknął, prostując się gwałtownie. Szatyn siedział na krześle w samych krótkich spodenkach, jego kostium był w praniu, a on opierał się na łokciach o oparcie, podczas gdy Anna przemywała jego rany leczniczym naparem odkażającym i przyspieszającym gojenie, przygotowanym przez Kino. Keiko sama chciała się tym zająć, ale po chwili stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli przygotuje rodzinny obiad. Jej syn był teraz pod dobrą opieką.

-Dobrze ci tak.- mruknęła dziewczyna, bezlitośnie przemywając kolejne zadrapania. Chłopak zdążył już opowiedzieć wszystko, czego dowiedział się wczoraj o samym Hao, a także skąd wzięły się zadrapania. Uznał jednak, że nie będzie zdradzał sekretów żywiołów, które nie bez powodu były zamknięte w Księgach, poza tym, mimo wszystko czuł rosnące w nim pokłady furyoku. To było jednym, ale i tak nie mógł go użyć na żywiołach, jeśli te nie wyrażały na to zgody. Na pytanie, dlaczego ręcznie oddzielał proch od piachu wzruszył ramionami.

-To nie był test umiejętności szamańskich. Zresztą, gdy szukaliśmy ryżu, to działało zupełnie inaczej. Furyoku zostało skupione na znalezieniu ziarenka, a tu chodziło o coś więcej.- odpowiedział. Na szczęście zarówno Keiko, jak i Anna zrozumiały, że Yoh po prostu nie może powiedzieć więcej.

-Gdzie tata?- spytał w końcu Yoh, zauważając, że tylko jego nie widział w drodze powrotnej.

-Musiał wyjechać.- odpowiedziała krótko jego matka. Nie chciała mu mówić prawdy, ale też nie chciała okłamywać, zdecydowała się więc na niewielkie przemilczenie. Nie chciała, by Yoh poczuł, że nie ma wsparcia w rodzinie. -Synku, nie zabronię ci kontynuować, ale wolałabym żebyś jutro odpoczął. To ci nie ucieknie, a na nic ci wiedza i umiejętności, jeśli się wykończysz.- powiedziała spokojnie.

-Ale mamo...-

-Żadne 'ale'! Jesteś cały poraniony, nic nie jadłeś, pewnie jeszcze krótko spałeś. Chcesz coś ćwiczyć to ćwicz to, czego już się nauczyłeś. Sam mówiłeś, że następne próby będą trudniejsze, więc jutro tam nie idziesz i bez dyskusji.-  ton Anny był znacznie bardziej stanowczy i tym razem Yoh nie miał zamiaru dyskutować. Potulnie czekał aż narzeczona skończy opatrywać jego rany, a mama skończy przygotowywać obiad. Nie był głodny, ale nie chciał nikogo już bardziej martwić, więc po prostu pochłonął swoją porcję.

-Może pójdziemy się przejść?- zaoferował blondynce, widząc, że cały czas jest na niego zła. Chciał ją jakoś uspokoić i wiedział, że spacer to jeden z lepszych pomysłów. Tak jak się spodziewał, nie odmówiła.

Szli razem, ramię w ramię, w milczeniu, podziwiając przy tym piękne budynki posiadłości Asakurów i otaczające ją drzewa.

-Wciąż się gniewasz?- spytał w końcu, przyglądając jej się uważnie. Dziewczyna westchnęła ciężko, ale pokręciła głową.

-Nie. Tylko... Ja...- rozmawianie o uczuciach nigdy nie przychodziło jej łatwo. - Martwię się o ciebie, Yoh. Ufam ci i wiem, jaki jesteś, ale nie ufam Hao, a ty najwyraźniej uparłeś na znalezienie odpowiedniej drogi do zaufania mu. Boję się, że jeśli nie same Księgi cię zabiją, to zrobi to twój własny żal do samego siebie. Im głębiej w to będziesz wchodził, tym gorzej może być.- wyjawiła.

-Nie będzie, Anno. Poradzę sobie. Jeszcze będziesz ze mnie dumna.- powiedział uśmiechając się szeroko. Nie odpowiedziała na to, ale ona już była z niego dumna. Zerknęła w stronę chłopaka, wyłapując, że jego wzrok padł na bramę za niewielką świątynią, ale szybko przeniósł go z powrotem na drogę przed nimi.

-Dzwonił Manta. - postanowiła zmienić temat. -Ryu wrócił z Hokkaido i zaproponował mu wspólną wycieczkę do Anglii. Chcą odwiedzić Lyserga. Natomiast Faust postanowił otworzyć klinikę w Tokio i pewnie się do nas wprowadzi.- Yoh uśmiechnął się szeroko na myśl o swoich przyjaciołach.

-Jak skończę to całe Księgowe wyzwanie to trzeba będzie coś zorganizować. Chyba że wcześniej wznowią Turniej.-

Chociaż przed Turniejem nie miał zbytnio przyjaciół, to teraz, gdy poznał i zżył się z tą głośną grupką, naprawdę mu ich brakowało. Nawet głupich żartów Chocolove.

Tak bardzo chciał, by ktoś wymazał ostatnie miesiące z jego życia, ale tak by wiedział, co może się stać i przygotował się na spotkanie z bratem.

=========================

I to tyle na dzisiaj! Niestety dzisiaj też kończy się mój urlop, co znaczy, że wrócę do pisania jednej notki na tydzień, chociaż kto wie, jak to będzie z moją weną.

Mam nadzieję, że nieco rozjaśniłam na czym polegała ta próba i dlaczego Yoh od początku nie użył furyoku. To nie o samo furyoku tu chodzi, ale tak, ono też jest bardzo ważne. Cytując na pewno polską wersję, nie pamiętam, czy w japońskiej też to pada "Siły szamana nie mierzy się tylko w furyoku" i to tym się kieruję przy próbach, jak i zdobywaniu kolejnych umiejętności związanej z Wuxing/Gwiazdą Jedności.

piątek, 22 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Próba Ziemi

Jeśli poprzedniego dnia rodzina nie czuła się komfortowo, to dzisiaj można powiedzieć, że gdyby usiedli na ostrych nożach, to fizyczna niewygoda dorównałaby psychicznej. Przyczyną wcale nie było sprawozdanie Yoh, a jego zachowanie. Wrócił, ciągnąć się powoli za Anną, wpatrując w swoje sandały. Nie odezwał się ani słowem, ale przynajmniej wciąż jadł. Jego myśli nieustannie nawiedziały sceny z Księgi Szamanów oraz słowa Wielkiego.

"Razem uda nam się zapanować nad ludzką chciwością, egoizmem, pozbędziemy się tych, co wejdą nam w drogę, tych co będą knuli przeciw matce naturze i bliźnim."

Tak bardzo chciał wiedzieć, co sprowadziło go na złą drogę. Domyślał się już, dlaczego ta Księga Szamanów została zastąpiona nową. Tworząc starszą wersję, wciąż wierzył, że wszystko można zrobić inaczej. I choć rodzina wyczekiwała sprawozdania z pierwszej lektury, to nie doczekali się ani jednego słowa na jej temat. Jedynie na twarzy Anny nie było widać troski, która zżerała ją od środka. No i oczywiście Mikihisy, ale u niego to była kwestia prawdziwej maski. Reszta rodziny starała się jak mogła, by nie wbijać zmartwionego i zaniepokojonego wzroku w Yoh. Natomiast Tamao wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać.

Po skończonej kolacji, Yoh po prostu wstał od stołu i udał się do swojego pokoju.

-Uważam, że powinniśmy to przerwać.- stwierdził Mikihisa. Keiko już chciała coś odpowiedzieć, ale mężczyzna nie dał jej dojść do głosu. -Wiem, co chcesz powiedzieć. Stanowczo nie zgadzam się na dalsze działania Yoh. Widzicie co się z nim stało.-

-Yoh odkrył coś, czego w sumie się spodziewał, ale i tak go zabolało. Dowiedział się o cierpieniu Hao i jego planach, by postąpić inaczej niż końcowo postąpił. Domyśla się, że stworzenie klanu było tym, co przelało czarę goryczy.- wstawiła się za nim Anna, choć sama też wolała, by Yoh zaniechał swojego planu.

-I co, pośmiertnie Hao nastawi teraz naszego jedynego syna przeciwko swojej rodzinie?-

-Naprawdę uważasz, że to byłoby dziwne? Jeżeli Hao stworzył Asakurów, by nie być sam, a oni z wdzięczności knuli i spiskowali, a może nawet wbili nóż w plecy, to i on i Yoh mają pełne prawo czuć wstręt.- wtrąciła Keiko.

-A jeśli Hao przeciągnie go na swoją stronę?-

-Dosyć tego.- odezwała się Kino, a jej twarz zwróciła się w stronę córki i zięcia. -Jako klan Asakura popełniliśmy wystarczająco błędów. Skoro mamy okazję je naprawić, a Yoh sam podejmuje te decyzje, nie będziemy go powstrzymywać.- powiedziała ostro, kończąc tym samym temat.

-Nie będę patrzył, jak mojego syna pochłania żal.- powiedział w końcu zamaskowany mężczyzna. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Kolejne podróże i zniknięcie ojca chłopca na kilka dni.


Długo w pokoju nie wytrzymał. Przez chwilę siedział na parapecie, po czym otworzył okno i wspiął się na dach budynku. Słońce już powoli zachodziło, a czerwonawe promienie, podświetlały chmury, przebijając się przez liście drzew. Na niebie również pojawił się sierpowaty księżyc. Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej, a on wciąż rozmyślał o tym, co dziś zobaczył.

-Chcesz o tym porozmawiać, Yoh?- spytał przyjaźnie duch, pojawiając się obok niego.

-Sam nie wiem. Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, Amidamaru. Zastanawiam się, co by było, gdybym wiedział o Hao wcześniej. Czy gdybym przeszedł przez te Księgi, udałoby mi się do niego jakoś trafić.-

-Czasu nie cofniesz. Już nie masz na to wpływu.- samuraj chciał mu tymi słowami przypomnieć jego dawne motto. Rzeczywiście, Yoh od razu o tym pomyślał, ale to nie poprawiło mu humoru. Gdzieś w głębi pojawiała się pretensja do rodziny. Tajemnica, którą przed nim mieli była tak bardzo niepotrzebna.

W końcu zapadła całkowita ciemność. Yoh z lekkim uśmiechem i rękami skrzyżowanymi pod głową obserwował gwiazdy na niebie, przypominając sobie nazwy wszystkich konstelacji. Nie był w stanie powstrzymać się od wyobrażeń z rodzaju "co by było, gdyby" i w jego myślach już pojawiały się scenariusze. Yoh i Hao, może w wieku 10 lat, leżący razem na dachu, a może na jakieś polanie przy ognisku rozpalonym przez brata, Hao z początku sprawdzałby, czy Yoh nauczył się wszystkich nazw, a dla zachęty opowiadałby mu historie i legendy ze swoich czasów. Czasami długowłosy droczyłby się z nim, niczym rodzic, mówiąc, że czas spać albo że tego dnia nie zasłużył sobie na nową opowieść, ale Yoh zawsze znalazłby sposób, żeby coś z niego wyciągnąć. Wiedział, że Hao lubił opowiadać historie. Po pierwsze, Księgi tego dowodziły, a po drugie kiedyś słyszał jak Opacho go prosiła o opowieść. Na pewno cieszyłby się widząc zainteresowanie swojego bliźniaka tym, co miał do powiedzenia. Westchnął ciężko i gdy chłodny wiatr zaczął go zniechęcać do dłuższego pobytu na dachu, powoli wrócił przez okno do swojego pokoju.


Tej nocy znów miał koszmary, jednak zupełnie inne. Zbudowane ze wspomnień.

-Jesteś częścią mnie, tak jak ja jestem częścią ciebie...-

-Nie musisz umierać.-

-Długo czekałem, byśmy mogli być razem, bracie.-

-Możemy przestać walczyć, jeśli pogodzisz się ze swoim przeznaczeniem.-

-Ty i ja, to dwie połowy jednej całości.-

-Rozumiejącymi mnie.-

-By nikt więcej nie przechodził tego, co przeszedłem ja.-

-Dołącz do mnie, Yoh.-

-NIGDY DO CIEBIE NIE DOŁĄCZĘ!-

-Od naszych narodzin czekałem, by znów się z tobą połączyć.-

-Nie... -

-Możesz dołączyć do mnie i żyć lub sprzeciwić się i zginąć.-

-...chcę...-

-Tu nie ma się na co decydować, rozumiesz?!-

-...być...-

-Taka moc w niepowołanych rękach mogłaby doprowadzić do zagłady wszystkiego, co żywe.-

-...sam...-

-Rozdzieliłem duszę na dwie części.-

-Miałem nadzieję, że będzie inaczej.-

-Proszę bardzo.-

Głosy się przekrzykiwały, część należała do jego ostatniej formy, a część pochodziła z ostatnich dwóch dni, słyszał też swoje własne odpowiedzi. Ostatnie zdanie, Hao wypowiedział mniej bezczelnym tonem, a twarz, która nagle pojawiła się w otaczającej go ciemności, wyrażała głębokie rozczarowanie. To był jego wyraz twarzy z tamtej walki, gdy Yoh po raz ostatni odrzucił jego propozycję dołączenia do niego. Ani ton głosu, ani mimika nie miały w sobie pogardy. I te losowo wypowiadane słowa niczym wyrywki z innych wypowiedzi.

Zacisnął oczy, by nie widzieć tego zawodu w oczach bliźniaka. Coś ciepłego znalazło się przy jego twarzy, znajomy szelest przywodził na myśl kontrolę ducha, domyślił się więc, że to ostrze brata. Ciepło cofnęło się, świst, a potem... szczęk oręża. Yoh otworzył oczy i zobaczył, przed sobą drugiego Hao. Jeden próbował go zabić, a drugi go ocalił. Gdy obaj zwrócili się w jego stronę, ich postaci zlały się i znów byli jednym.

-Widziałeś co działo się z każdym, kto mi się przeciwstawił. Nigdy nie pomyślałeś, dlaczego tyle razy dałem ci szansę, by do mnie dołączyć?- spytał, przechylając głowę i mrużąc gniewnie oczy.


Tym razem nie obudził się z wrzaskiem, a za sprawą Amidamaru, który dostrzegł pierwsze łzy na policzkach swojego szamana. Yoh powoli podniósł się do siadu, przecierając oczy rękawem.

-To jakiś koszmar, Amidamaru.- mruknął.

-Wiem, Yoh-dono. Mogę się tylko domyślać, jak bardzo cierpisz. Do dziś pamiętam, co działo się ze mną, gdy chodziło o Mosuke. Taki ból i gniew potrafi dokonać niesamowitych przemian, a nawet swego rodzaju opętania. Wbrew pozorom, gdyby nie przodek Fudou, kto wiem czym byłbym dziś.- powiedział unosząc się przed chłopcem.

-Eh! Oczywiście, że moim duchem stróżem i przyjacielem, tylko że ja poradziłbym sobie z twoim demonicznym podejściem bez pieczętowania.- odpowiedział szatyn, siląc się na wesoły ton, a samuraj zaśmiał się serdecznie.

-Pewnie masz rację.- skwitował. I rzeczywiście, pewnie tak by było.

-Która godzina?-

-Dochodzi 4.-

Przez chwilę Yoh siedział na łóżku, po czym w końcu zdecydował wstać. Spał tylko 3 godziny, ale i tak już nie miał ochoty na sen. Amidamaru w milczeniu śledził go wzrokiem. Chyba wszyscy z otoczenia słuchawkowego zdawali sobie sprawę z tego, że nie powinni wątpić w instynkt i dobroć chłopaka. Choć żadne z nich nie pomyślałoby o zbliżeniu się do Hao, a przynajmniej do jego filozofii na tyle, by ją zrozumieć, to nie mieli zamiaru przekonywać jego, że źle robi. Jedyne co mogli robić, to obserwować jego poczynania.

Nie czekał aż reszta rodziny wstanie. Szybko złapał kawałek wczorajszego chleba, kładąc nań plasterek sera i skierował się w stronę świątyni. Tym razem czekała go pierwsza z prób, domyślał się, że zajmie ona trochę czasu i wolał mieć to za sobą. Gdzieś w głębi miał też nadzieję, że ponownie uda mu się porozmawiać z duchem pieczęci. Wchodząc do świątyni, od razu skierował się w stronę stołu po lewej. Księga Ognia wciąż leżała na podłodze i Yoh nie palił się do podniesienia jej. Oparzenia na dłoniach, których się nabawił na razie wystarczyły, a i tak niedługo będzie musiał się nią zająć. Jego wzrok padł na Księgę Ziemi. Czarna okładka, z żółtym symbolem.

-Gotowy?- spytał swojego stróża.

-Zawsze.- odparł, a Yoh w końcu podniósł Księgę. Jego nozdrza natychmiast uderzył przyjemny zapach żyznej gleby i mokrej trawy. W dotyku była niczym ubity piach. Delikatnie przejechał kciukiem po okładce, ze zdziwieniem obserwując sypiący się piasek. I nagle jego dłoń była całkowicie pusta. Księga zmieniła się w piach i rozsypała po podłodze. Chłopak cofnął się gwałtownie.

-Udowodnij, że jesteś godzien.- rozbrzmiał głos, który zdecydowanie nie należał do Hao. Piasek pozostały z Księgi zaczął wirować, tworząc coś w rodzaju portalu, z którego po chwili wyłoniły się dwa lwy. Usiadły one przed nim, a piach, wciąż wirując, uniósł się i w formie pętli zawisł za dzikimi kotami.

-Co to jest?- jęknął Yoh, a jeden z kotów spojrzał prosto w jego oczy. Ta pogarda była wręcz dobijająca.

-Wyczuwam w tobie ogromną siłę, młody Asakura. Tą samą, której służymy.- rozbrzmiał głos i choć żaden z lwów nie ruszał pyskiem, wiedział, że pochodził od nich.

-Skoro jej służycie, jaka szansa byście mi odpuścili?- spytał z niepewnym uśmiechem, a oba koty warknęły ostrzegawczo.

-Żadna. Jestem Aker. Egipskie bóstwo ziemi i świata podziemnego. Moim zadaniem jest chronić sił i wiedzy zawartej w Księdze Ziemi.-

-Bóstwo. No jasne, dlaczego mnie to nie dziwi.- mruknął Yoh.

-Yoh-dono. Nie uraź ich.- szepnął Amidamaru.

-Mądre słowa, samuraju.- lwy zmierzyły ich wzrokiem, a ogony niespokojnie uderzyły o posadzkę.

-Proszę o wybaczenie, tak reaguję, gdy się stresuję.- Yoh naprawdę nie chciał myśleć, że Hao do ochrony tej i pewnie też pozostałych ksiąg zaciągnął duchy klasy boskiej. O Akerze nigdy wcześniej nie słyszał, więc liczył, że pozostałe księgi też raczej będą opierać się o pomniejszych bogów.

-Słyszę twoje myśli.- warknął groźnie głos, a oba lwy odsłoniły swoje kły, a wibrysy napięły się ostrzegawczo. Yoh przełknął głośno ślinę. -Co jest twoim celem?-

Domyślił się, że najpierw musi je przekonać by poddały go próbie.

-Jestem połową trzeciej reinkarnacji Douji Asahy, w moich czasach znany już jako Asakura Hao. Niestety, jego przeszłość jest dla rodziny tajemnicą, a my żyjemy jedynie przekonaniem, że chciał zniszczyć całą ludzkość, jest najgorszym złem tego świata i musi zostać pokonany. Ja jednak czuję, że za jego postępowaniem kryje się coś więcej. Jestem jedynym dopuszczonym do dotknięcia tych Ksiąg, przełamałem ich pieczęć. Moim celem jest poznanie przeszłości i pierwotnych celów Asahy, dorównanie mu mocą i wsparcie go w osiągnięciu tych celów.- powiedział. Jeden z lwów wstał z ziemi i zaczął okrążać szamana. Słyszał jak pociągał nosem.

-Prawda.- osądził, nim powrócił na swoje miejsce. Wirujący piach przemieścił się do przodu, między lwami i zatrzymał się przed twarzą szamana.

-Nim zajrzysz do Księgi zostaniesz poddany próbie.- piaskowy okrąg powoli zmienił kształt i przypominając teraz małą trąbę powietrzną i opadł na ziemię. - To, co widzisz, to nie jest zwykły piach. Część rzeczywiście pochodzi z egipskich pustyni, a część... to ludzkie prochy.- Yoh spojrzał na lwy, a jego źrenice rozszerzyły się. -Twoim zadaniem jest rozdzielenie prochów od piachu. Uważaj jednak, każdy błąd zostanie odznaczony na twym ciele.- wyjaśnił lew.

Chłopak ukląkł przy kupce piachu. Teraz gdy wiedział czym jest, zauważył różnicę. Część ziarenek była żółtawa, a część szara. Wydawało się proste. Yoh wziął w dłoń tę odrobinę jaśniejszej.

-Piach układaj na wschód, prochy na zachód.- usłyszał, a po chwili na ziemi pojawiły się dwie misy. Ostrożnie przesypał ziarna do tej, która była po wschodniej stronie. Chwilę później koszmarny ból przeszył jego prawe przedramię. Jego wzrok padł na 5 wielkich zadrapań, powstałych niczym od kociego pazura, ale krew, która zaczęłą się sączyć z ran była tak ciemna, że prawie czarna.

-Czarna żółć. Symbol ziemi.- wyjaśnił głos. -Musisz być bardziej ostrożny. Jedno ziarenko prochu to jedno zadrapanie. W trakcie próby będziesz czuł się coraz bardziej przygnębiony, melancholia stanie się nie do zniesienia. Poczujesz kwaśny smak w usta i okropną suchość. Z każdą kolejną minutą będzie ci coraz zimniej.- Yoh nachylił się nad miską, w której znajdowała się odrobina oddzielonego piachu i przez kolejne 10 minut wygrzebywał zaginione ziarna prochu. Pomimo ich wyciągnięcia, rany nie zniknęły. Czuł, że to będzie bardzo trudny test.


Minęło już pięć godzin, a Yoh nie był nawet w połowie. Dwie godziny temu przyszła go odwiedzić matka, ale Amidamaru zagrodził jej drogę, gdy lwy ostrzegły, że zaatakują każdego, kto wejdzie do świątyni w trakcie trwania próby. Prawe ramię Yoh i jego plecy były pokryte krwawiącymi rozcięciami, niewielka plama ciemnej krwi zbierała się na posadzce i spływała do pobliskiego kanału. Chłopak drżał z zimna, czuł też obrzydliwy kwaśny posmak w ustach. Nie było jednak nic gorszego od tego zwątpienia w samego siebie, przygnębienie i zagłuszające wszystko inne poczucie winy. By odwrócić swoją uwagę od tego okrutnego samopoczucia, starał się utrzymać z lwami rozmowę. Dowiedział się, że choć są dwa, to są częścią jednej całości, a ich rozdwojenie jest powiązane z rolą za dnia i po zmierzchu, gdy słońce wchodzi do krainy podziemia. Niestety nie był w stanie długo utrzymywać tej rozmowy i od jakiegoś czasu pracował w milczeniu.

-Melancholia jest jednym z atrybutów ziemi. Tak samo czarna żółć, czyli ciemna krew, która powiązana jest z pracą śledziony, ta również jest jej atrybutem, suchość i kwaśny posmak również. Uczucia, które tobą teraz targają są wielokrotnie spotęgowane.- w głosie lwów dało się słyszeć współczucie, ale też i podziw. Z oczu Yoh leciały łzy, które utrudniały my rozpoznanie koloru ziaren, a to też wywoływało kolejne rany. Nie był w stanie nie jęknąć boleśnie, a więcej kropel spłynęło po jego policzkach. Oparł dłonie na podłodze i zacisnął oczy, oddychając ciężko, czując jak ciepły strumień krwi leje się po jego plecach, a jego strój nią nasiąka. Na szczęście był czarny.

-Czy nie wystarczy wam jak bardzo jest zdeterminowany?- warknął Amidamaru, sam już tracąc szacunek do bóstw. Troska o przyjaciela go zaślepiała.

-Nie, samuraju. Musi zakończyć próbę Ziemi.- pomimo sposobu, w jaki odezwał się duch, lwy nie wydawały się rozjuszone. Nie tak, jak reagowały wcześniej. Chyba nie spodziewały się takiej wytrwałości szamana. -W każdej chwili możesz się poddać, młody Asakuro.- zasugerował.

-N-nie... Nie poddam... się. Muszę to zrobić. Zrobię to dla niego.- wymamrotał Yoh i wziął w dłonie kolejną porcję ziaren. Więcej łez kapało na ziemię, mieszając się z krwią. -Jestem... Mu to winien. Ja powinienem był zrobić to.... wcześniej. Uratować go... Uda mi się...- mamrotał oddzielając w dłoniach piach od prochu. Gdy wsypał proch do miski, wreszcie nic się nie wydarzyło, ale niestety przy piasku, na lewym ramieniu pojawiły się kolejne szramy. Przez następne dwie sekundy, Yoh szlochał chcąc się poddać. Czuł się beznadziejny, był tak przybity, jak nigdy wcześniej, ale powtarzał sobie, że jego myśli są teraz skalane mocą całej próby. To nie są do końca jego myśli. -Nie...poddam...się...- powtarzał.

Lwy najwyraźniej nie były przygotowane na taki natłok myśli, poczucia winy i desperacji. Upór tego szamana jasno wskazywał, że choćby miał się tam wykrwawić, nie przerwie.

-Nigdy nie powiedziałem, że nie możesz użyć furyoku.- Yoh spojrzał na koty zaskoczony. Czy one właśnie... mu pomagały. -Ale musisz wiedzieć, że to też będzie wymagało od ciebie ogromnej siły. Możesz nie dać rady. Jeśli jednak ci się uda, zakończysz próbę z powodzeniem.- dodał głos.

Yoh usiadł na ziemi prosto. Jego myśli skupiły się na furyoku. Pomimo że od kilku godził tkwił w stanie ciężkiej melancholii, na granicy z depresją, skupił się na swoim celu i na tym, jak bardzo robił to wszystko nie da siebie, a dla niego. Po kilku minutach medytacji i uspokojeniu swojego rozżalonego umysłu pozostały piach uniósł się nad ziemią i ponownie zawirował by po krótkiej chwili rozdzielić się na dwie części. Amidamaru wpatrywał się w to z podziwem i mógłby przysiądz, że dostrzegł na pyskach kotów to samo zadowolenie. Proch i piach wylądowały w swoich miskach, a szaman zachwiał się i pewnie upadłby na ziemię, gdyby nie samuraj.

-Udało ci się, młody Asakuro. Możesz przeczytać zawartość Księgi Ziemi. Oby wiedza, którą zdobędziesz pomogła ci opanować żywioł.- Yoh uchylił oczy powoli, obserwując jak ziarna z obu mis unoszą się i ponownie mieszając, by po kilku sekundach uformować Księgę Ziemi. Chłopak uśmiechnął się w stronę lwów słabo.

-Dziękuję, Aker-sama.- powiedział cicho. Oba lwy podniosły się i pochyliły lekko głowy.

-Wiem, że moc ziemi uznawana jest za najsłabszą. Ale to ona łączy w sobie wszystkie pozostałe. Najłatwiej jest ją opanować, lecz jest kluczowa dla pozostałych. Bez niej, choćbyś nie wiem jak potężny był, powietrze, woda, ogień i dusza nie ugną się przed tobą. Nie zmarnuj tej wiedzy, młody Asakuro.- powiedział, nim oba rozpłynęły się w powietrzu.

-Jeżeli to było najłatwiejsze, to ja wolę nie myśleć, jak bardzo wymagające będą pozostałe.- odparł Yoh, po czym zaśmiał się słabo. Samuraj odetchnął z ulgą widząc nagłą i szybką poprawę nastroju swojego przyjaciela. Chłopak powoli podniósł się z podłogi i westchnął ciężko, nim podszedł do misy z bieżącą wodą. Nie miał przy sobie żadnej ścierki, więc jedyne co mógł zrobić, to nabrać wody w dłonie i wylać ją na posadzkę, klęcząc ponownie i kolanem spychając krew w stronę kanału. W myślach dziękował, że pomimo iż świątynia była raczej zakazanym miejscem, to ktoś pomyślał o założeniu odpływu w razie powodzi. Dopiero gdy podłoga była czysta, Yoh poprosił Amidamaru by przyprowadził Annę i by nie mówił jej o próbie.


Gdy blondynka weszła, jej narzeczony siedział przed stołem, całkowicie przodem do niej, układając ręce tak, by wyglądały naturalnie, ale by nie widziała jego ramion.

-Długo to trwało.- powiedziała.

-Ale za to poznałem egipskiego boga strzegącego ziemi.- odparł z szerokim uśmiechem. -Trochę mnie wykończył, ale opowiem ci później. Otworzysz portal?- spytał wyluzowanym tonem, jakby przed chwilą wcale się nie wykrwawiał na śmierć z zapłakanymi oczami. Anna skinęła głową i powtórzyła wczorajszą czynność z koralami. Gdy tylko portal się otworzył, Yoh poderwał się z ziemi i niemalże podbiegł do niego.

-Do później!- zawołał szybko. Zanim zniknął usłyszał jeszcze jej groźne "Yoh, co ty masz na ramionach?!"

=========================

I to by było na tyle! Przyznam, że wpędziłam się w bagno z tymi próbami ksiąg. Nie miałam pojęcia jak się do nich zabrać, by było to coś innego od nauki panowania nad żywiołem. Myślałam cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy dzień i nic nie mogłam wymyślić. Dopiero jak zaczęłam pisać. Tak mi jakoś najlepiej idzie. 

Atrybuty, o których wspominał Aker, to atrybuty humorów z teorii humoralnej, jednego z głównych nurtów medycyny starożytnej. Niech mi ktoś powie, że pisanie opowiadań nie kształtuje XD Nie czytajcie o nich aż do końca wszystkich prób, bo to spoiler! 

Co do częstotliwości notek, to jest to kwestia urlopu XD Zwykle będą co tydzień, ale póki mogę, piszę częściej, zwłaszcza, że mam ogromne pokłady weny. Następna notka pewnie w niedzielę i wtedy wejdziemy do Księgi Ziemi, a więc znowu widzimy się z Asahą.


czwartek, 21 maja 2020

Shaman King; Demon naszej duszy: Księga Szamanów

W pomieszczeniu nie było chyba ani jednej osoby, która czułaby się w tej chwili swobodnie i pewnie. Opowieść Yoh ze spotkania z duchem pieczęci Wielkiego, choć krótkie, wystarczyło, by wzbudzić ogromne wątpliwości dotyczące zła drzemiącego w Hao, a filozofia Yoh, że każdy, kto wyrządza jakieś zło, musi mieć swój powód, nabierała coraz większego sensu.

-Tak mało o nim wiemy.- powiedziała Keiko cicho, a w jej głosie słychać było wyrzuty sumienia, które żywiła wobec siebie samej.

-Nie obwiniaj się, skąd mieliśmy wiedzieć. Wiemy tyle, ile przekazywane było z pokolenia na pokolenie, jeśli ktoś popełnił błąd, to pierwsi Asakurowie.- powiedział Mikihisa. Choć nie należał bezpośrednio do rodu, a jedynie jako mąż Keiko, on również poczuwał się do odpowiedzialności.

-Zastanawiam się... Asaha...- Yoh zdecydował tak go nazywać, dla odróżnienia przodka od brata, a przynajmniej tego przodka, który w domyśle był jeszcze przed zmianą swojego podejścia. -Asaha powiedział "rozdzieliłem duszę na dwie części"...-

-Myślisz, że twoje narodziny wraz z nim były przez niego zaplanowane?- spytała Anna, a chłopak wzruszył ramionami, patrząc na nią, starając się ukryć swoje zagubienie i niepewność.

-Nie wiem, może po prostu tak powiedział, a ja doszukuję się nie-wiadomo czego. Ale jeśli się dowiem, że zrobił to, by nie być sam, to będę potrzebował tony cheeseburgerów, żeby zagryźć swój żal. - zażartował, choć wszyscy wiedzieli, że za tymi żartami kryły się prawdziwe wątpliwości.

-Obawiam się, że będziesz musiał znaleźć inny sposób, nie ma mowy, żebyś mi się spasł jak prosię.- odparła blondynka, a jej narzeczony zachichotał, nim powrócił do powagi sytuacji i całej rozmowy.

-Wciąż chcesz przejść przez te księgi, mój wnuku?- dopytywał Yohmei, a Yoh skinął głową. Przed każdym z nich stanęły kubki z gorącą herbatą, a różowowłosa już planowała opuścić pomieszczenie, gdy polecono jej jednak z nimi zostać.

-Jesteś naszą jedyną uczennicą, to i tak prawie, jakbyś należała do rodziny.- powiedziała ciepło matka bliźniaków.

-Poza tym, twoje wizje mogą się okazać przydatne, jeśli uda ci się nad nimi zapanować.- wtrąciła najstarsza z rodu. Tamamura skinęła głową i zajęła miejsce obok Anny.

-Nie wiem, czy Hao zaplanował moje istnienie, czy nie, ale nie zostawię tego tak. Jestem pierwszą osobą, która może zajrzeć do tych ksiąg i poznać go z czasów, gdy najwyraźniej był jeszcze normalny. To będzie niebezpieczne, a to, że on sam mnie ostrzegł, dowodzi, że było w nim dobro. Sam też powiedział, chciał pomagać innym.-

-Istnieje szansa, że również uda ci się opanować Wuxing...- zaczął Mikihisa.

-Niech tak będzie, tym lepiej, za 500 lat dopilnuję, by Hao nie zrobił żadnej głupoty. Wyobraźcie sobie jego minę, gdy stanę mu na drodzę i powiem "Hej, widziałeś, co zrobiłem? Naprawiłem planetę, nie musisz się już o nią martwić."- Yoh znowu się roześmiał. Obecni przy stole nie wiedzieli, czy to oznaka dobrego humoru czy maska, ale chyba jednak Yoh po prostu naprawdę wierzył, że uda mu się naprawić swoje błędy. Oczywiście, nie spodziewał się, że będzie łatwo i teraz i przy ewentualnym odrodzeniu, jeżeli w ogóle takie miałoby miejsce. Ale pożartować wciąż mógł, w końcu tak też uwalniał swój stres. -Pójdę za jego wskazówkami, zacznę od tej drugiej Księgi Szamanów. Możliwe, że nic nowego z niej nie wyniosę, skoro ta, którą czytaliśmy to pewnie jej aktualizacja, ale może przynajmniej dowiem się czegoś nowego o Hao. Później Księga Ziemi, Powietrza, Wody, Ognia i Duchowa. Anno, ze względu na pieczęć i zaklęcia, wolałbym byś czekała na mój sygnał.- zwrócił się w stronę narzeczonej, ta już otwierała usta, ale nie dał jej dojść do głosu. -Wiem, wiem, jesteś silna i potężna, ale pamiętaj, że ja jestem dopuszczony do tych ksiąg tylko dlatego, że po części jestem Hao.-

Nie podobało jej się to, ani trochę. Ani sam fakt, że Yoh szedł w bardzo niebezpiecznym kierunku, miał narażać się na moc Ksiąg tylko po to, by pomóc Hao. W dodatku ona miała mu w tym pomóc, a nie mogła iść z nim. Jedyne co mogła robić, to czekać na sygnał, a przez wyzwania ksiąg musiał przejść sam. Wystarczyło, że przed chwilą Kino opatrywała jego poparzone po otwarciu Księgi Ognia dłonie. Jasne, jeszcze nie tak dawno Yoh brał udział w śmiertelnie niebezpiecznym Turnieju Szamanów, ale to było co innego. Tam mniej więcej wiedzieli, czego się spodziewać. A tutaj? Nie dość, że robił to dla kogoś, kto próbował go zabić, to jeszcze był pierwszy, który się tego podjął. Mogło się okazać, że niepotrzebnie się naraża, zginie lub stanie się coś jeszcze gorszego, a za 500 lat Hao wyśmieje jego trud. Wiedziała jednak, że Yoh zrobi to z jej pomocą, lub bez. A z dwojga złego wolała być w pobliżu, niż żeby miał szukać pomocy wśród obcych, co byłoby jeszcze bardziej niebezpieczne. Poza tym, była szansa, że wyjdzie z tego potężniejszy, a przecież Turniej Szamanów miał być niedługo wznowiony. W końcu westchnęła ciężko, ale przytaknęła.

Tamao obserwowała wszystkich uważnie. Domyślała się, że w najbliższej przyszłości będzie musiała skupić wywoływanie swoich wizji na Yoh, by ewentualnie móc go przed czymś ostrzec. Z jednej strony, zawsze łatwiej szło jej wywołanie wizji na jego temat, na nim najłatwiej było jej skupić myśli, ale z drugiej, czasami niestety wizjami kierował strach i nigdy nie była pewna, co chciało ją tylko nastraszyć, a co było pewnym problemem.

Po zjedzonej kolacji, Yoh w końcu miał chwilę, by porozmawiać z Anną. Dowiedział się, że biedny Manta po raz kolejny otrzymał nakaz pozostania w domu, a żeby mieć pewność, że nie zapakuje się do pierwszego lepszego pociągu lub, co gorsza, nie wpadnie tam Ryu, który stwierdzi, że czas odwiedzić Mikihisę i Izumo, kazała mu codziennie odwiedzać Funbari Onsen i podlewać ogród oraz sprzątać, jednocześnie informując, że czekają go tortury, jeśli ominie chociaż jeden dzień. A że właściwie od niedawna był szamanem, treningi z Yoh wchodziły w grę. Tak więc rozpaczający blondynek nie miał wyboru i musiał zostać w Tokio. Słysząc o groźbie szamańskich treningów, słuchawkowy roześmiał się wesoło.

-Myślisz, że wystartuje w Turnieju?- spytał blondynkę, po umyciu zębów.

-Manta? Nie. Jest zbyt słaby, zresztą nawet nie sądzę, by chciał. Woli obserwować z boku.- odpowiedziała, wycierając twarz ręcznikiem. Yoh w tym czasie przeżywał lekki ciąg myślowy. Myśl o Mancie w Turnieju przyniosła mu do głowy pomysł na drużynę, w której byłby Yoh, Manta i Ryu albo Faust, a to podobieństwo do Hoshi-gumi. Hoshi-gumi natomiast....

-Czy wiadomo, co stało się z tą małą dziewczynką od Hao?-

-Opacho? Nie, uciekła, gdy Hao na nią nakrzyczał.- odparła. -Jeśli mi powiesz, że chcesz ją przygarnąć....

-Oj, Anna. Przecież ona nikogo teraz nie ma. Zostanie sama, miała ile 5 lat? 6? Straciła swojego opiekuna i nauczyciela, a trenowana przez niego może być naprawdę potężna, myślisz, że zostawienie jej samej spowoduje, że wyrośnie na dobrą szamankę, czy następczynie mojego brata?- wtrącił, wysuwając chyba najcięższą możliwą artylerię.

-....Możesz się skupić na jednej rzeczy, a potem myśleć o kolejnych? Skończysz z Księgami, których czytania również nie popieram, to pomyślimy o odnalezieniu Opacho. Myślę, że 5 dni sobie poradzi.- odparła ostro. Czasami miała ochotę wysłać Yoh na mordercze treningi, po których nie będzie w stanie nawet przypomnieć sobie, jak ma na imię, a co dopiero myśleć o tym, by pomagać wszystkim na około.

Szatyn roześmiał się i kiwnął głową. Miała rację, wszystko po kolei.


Następnego dnia, podekscytowanie wybudziło go zaraz po wschodzie słońca. Wszyscy w posiadłości wciąż byli pogrążeni we śnie. Tym razem, nie miał żadnych koszmarów, ale to chyba dlatego, że zanim zdążył wejść w odpowiednią fazę snu, wybudzał się i sprawdzał, czy może już wstawać. Co do pierwszej Księgi nie miał żadnych obaw, choć wolał oczekiwać nieoczekiwanego. Cały czas był przekonany, że pod względem wyzwania i wiedzy szamańskiej, będzie słabsza niż ta, którą odwiedzili w trakcie podróży do Patch Village. Jednak wczorajsze spotkanie z przodkiem, tak innym niż ten, którego znał do tej pory, sprawiało, że był pełen pozytywnych myśli.

Dzielnie odpychał od siebie te, w których tak bardzo chciał przedyskutować swoje postępy i przemyślenia z bratem. To wzbudzało u niego tęsknotę i poczucie winy, a zdecydowanie musiał teraz być silny psychicznie. W obawie przed wewnętrznymi wątpliwościami i słabościami, póki reszta spała, postanowił znów odwiedzić wodospad.

Gdy wrócił, wszyscy już byli na nogach. Tamao pomagała Keiko w przygotowywaniu śniadania, Mikihisa wraz z Anną i Yohmei siedzieli przy stole, Kino akurat kończyła przygotowywać dla Yoh napar z leczniczych ziółek, aby na pewno nie przeziębił się po drugiej w ciągu dwóch dni mroźnej kąpieli. Od razu wyczuł na sobie pytające spojrzenia i domyślił się, że chcieliby zapytać, czy znowu miał koszmary.

-Wszystko w porządku. Wolałem się po prostu upewnić.- wyjaśnił z uśmiechem.

Po śniadaniu zaczynał już poważnieć. Na wszelki wypadek, nie wiedząc, czego może się spodziewać, założył swój strój treningowy. Uśmiech zastąpił upór i determinacja, gdy wraz z Amidamaru kierował się w stronę ukrytej świątyni.

-Asaha powiedział, że to nie powinien być wymagający test, ale wciąż jakiś może być. Bądź gotów, Amidamaru.- powiedział do swojego stróża, nim weszli do Świątyni. Tym razem czuł się, jakby był właśnie tam, gdzie powinien. Jakby to było jego miejsce. Powoli podszedł do stołu po lewej, gdzie leżały Księga Szamanów, Duchowa i Powietrza. Podniósł pierwszą od wejścia powoli. Tak, jak poprzedniego dnia, nic się nie wydarzyło, gdy tylko trzymał Księgę w zabandażowanych dłoniach. Samurai zmaterializował się obok niego, a Yoh lekko poruszył nogą, sprawdzając, czy katana jest w gotowości. Wziął głęboki oddech i otworzył Księgę.

Nic się nie stało. Nic z niej nie wyskoczyło, ona sama też wciąż była normalną Księgą. Może jednak nie było testu.

-Dobra, leć po Annę.- powiedział po kilku minutach. Wszystko wskazywało na to, że Księga jest bezpieczna.

Oczekując na przybycie Itako, Yoh przyjrzał się Księdze. Przekręcając stronę, dostrzegł rysunki przedstawiające Shikigami, niesamowicie podobne do tych, które miała Anna po przełamaniu pieczęci Cho-Senjiryakketsu. Kilka stron później również pojawiła się informacja jak je pokonać. Z tego, co pamiętał z opowieści, tak właśnie chroniona była Księga za szkłem. Czyżby tworząc nową wersję Księgi, Hao przeniósł Shikigami do nowej, a tą pozostawił bez ostatniej opieki? Co prawda, tylko on i jego brat byliby w stanie w ogóle ją otworzyć, więc może po prostu jego przodek stwierdził, że ta druga Księga bardziej potrzebuje takiej ochrony. Co jednak było ciekawe, z jakiegoś powodu Hao nie zabezpieczył tamtej Księgi tak samo mocno. Możliwe, że gdy tworzył te, jeszcze nie sądził, że wiedza w nich zawarta będzie tak niebezpieczna, a po edycji i aktualizacji Księgi Szamanów tamta nie potrzebowała już takiej ochrony.

-Jak poszło?- spytała Itako, pojawiając się wraz z Amidamaru.

-Nijak. Hao przeniósł ostatnie zabezpieczenie tej Księgi na Cho-Senjiryakketsu. To były te twoje Shikigami.- powiedział odwracając otwartą Księgę, by pokazać jej zawartość. Anna natychmiast poczuła dreszcz przechodzący po plecach, kilka kropel zimnego potu pojawiło się na jej czole, a źrenice rozszerzyły w strachu. Czuła się jak wtedy, gdy myślała, że stracili Yoh na zawsze. Ten strach, gdy widziała jak dusza arzeczonego znika w ustach jego bliźniaka, a ciało opada bez życia na ziemię. Asakura natychmiast dostrzegł zmianę w jej wyrazie twarzy i wtedy przypomniał sobie o pierwszym zaklęciu Ksiąg. -Przepraszam, zapomniałem. Tylko ja jestem odporny na odstraszające zaklęcie.- powiedział starając się dodać odrobinę żartu, by rozluźnić atmosferę. Wtedy nie miał okazji zobaczyć strachu na twarzy blondynki, a to znaczyło, że pierwszy raz widział ją w takim stanie. Blondynka natychmiast zmroziła go chłodnym spojrzeniem, jakby jednocześnie chciała mieć pewność, że nigdy o tym nie wspomni, ale też, że zapamięta, by nie pokazywać jej zawartości Księgi. Zdjęła z szyi swoje korale i zamknęła oczy, trzymając je w jednej dłoni, a dwa palce drugiej trzymała między swoją twarzą i ustami. Szepnęła coś cicho, po czym rzuciła koralami przed siebie, pozwalając, by uformowały portal.

-Poczekam tu na ciebie.- powiedziała. Yoh skinął głową i posłał jej szczery uśmiech nim wszedł do środka.

Tak jak wtedy, lewitował w dziwnej niebieskiej poświacie. Jakaś siła ciągnęła go przed siebie. Otaczała go dziwna cisza, w poprzedniej musiało być tak samo, nim zobaczyli scenę walki przodka z Shikigami, ale wtedy był w towarzystwie przyjaciół. Tym razem ta cisza zdawała się niesamowicie dłużyć. W pewnej chwili, przed nim pojawił się chłopiec. Jego wyraz twarzy był niesamowicie obojętny, zimny, pusty, a Yoh natychmiast poczuł, że był to efekt cierpienia, przez które musiał przejść. Zdecydowanie był młodszy od niego, dłonie miał złączone i schowane w długich rękawach, które gdyby mogły, ciągnęłyby się po ziemi. Jego włosy upięte były w ciekawy sposób, tworząc po bokach jego głowy dwa okręgi. Były całkowicie czarne tak jak jego oczy. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej rozpoznawał tę twarz. Pomijając brak charakterystycznej grzywki na boki i odcień, wyglądał dokładnie jak on sam, kiedy był dzieckiem. Więc to musiał być młody Hao, pewnie z pierwszego życia.

-Wszyscy ludzie są tacy sami, żyją tylko jedną myślą.- powiedział dziecięcym głosem. -Wszyscy żyją z myślą o sobie. I tylko sobie. Nie myślą o innych ani o planecie, naturze czy przyrodzie.- chłopiec spojrzał mu w oczy. -Ale może... Udałoby się to zmienić?- Yoh nie wiedział, czy ma mu odpowiedzieć i jak się ma do niego zwracać. Szczerze mówiąc, gubił się w tym wszystkim bardzo. Najpierw Hao jako jego bliźniak, później Wielki, okrutny szaman chcący zniszczyć ludzkość, wczoraj potężny szaman, ale najwyraźniej nie aż tak zły, jak do tej pory go znał, a teraz mały chłopiec. -Mów mi Mappa. Nie jestem jeszcze tym, kogo znasz.-

-Mappa? Myślałem, że masz na imię Asaha...- Yoh już naprawdę się gubił. Ile on miał imion? Chłopiec przechylił lekko głowę.

-Jestem Douji Asaha. Mojemu przyjacielowi myliło się to z imieniem mojej matki, Asanohy. Więc dał mi imię Mappa Douji. Później powróciłem do tego imienia, ale na razie cofnijmy się do czasów, gdy mówiono na mnie Mappa. Chcę ci coś pokazać. Choć ze mną.- powiedział i odwrócił się, po chwili pod nimi pojawiło się miasto. Dwoje ludzi, wysoki, dorosły mężczyzna i chłopiec o krótkich włosach, przypominających nieco fryzurę Ashir'a zatrzymali się między dwoma budynkami. Gdy Yoh przyjrzał się, przy czym przystanęli, aż przeszły go ciarki. Był to ten sam chłopiec, który unosił się obok niego, ale znacznie bardziej wychudzony, nieprzytomny, spod peleryny, podobnej do tej, którą nosił Hao podczas Turnieju, wystawały kościste ramiona. Wokół niego kręciła się cała zgraja małych demonów. Mężczyzna rozkazał towarzyszącemu mu chłopcu, rozprawić się z nimi, ale ten ich nie docenił. Po chwili pojawiły się znane Yoh Shikigami, a więc dlatego Zenki i Goki mieli z początku strzec tej Księgi. Hao już wcześniej miał z nimi do czynienia. Po chwili sceneria zmieniła się. Asaha wyglądał teraz dokładnie tak samo, jak ten, który był jego przewodnikiem. Jak się po chwili okazało, przymierzał strój na ceremonię wypędzenia demonów przed samym Cesarzem.

-Zaopiekowali się mną, po tym, jak zabiłem mnicha, odpowiedzialnego za śmierć mojej matki.- powiedział Mappa. Yoh spojrzał na niego zaskoczony, nie wiedział, co zrobiło na nim większe wrażenie, informacja o śmierci matki pierwszego Hao, czy sam fakt, że zabił w tak młodym wieku. -Onmyouji nazywa się Tadatomo, a chłopiec Daitaro.- przedstawił ich, po czym kontynuował. -Daitaro bardzo chciał zrobić jak największe wrażenie na mistrzu. Chciał stać się najpotężniejszy. Jednak odkąd Tadatomo mnie znalazł, skoncentrował się na mnie i faworyzował, wyczuwając we mnie wielką moc i potencjał. Daitaro nie mógł się z tym pogodzić i zdecydował się na mały podstęp. Zmówił się z innym mnichem, a podczas ceremonii miał wypuścić Chimimoryo. Nie wiedział, że potrafię czytać w myślach. Ostrzegłem go, że nie powinien przystępować do swojego planu, a Tadamoto prędzej czy później o wszystkim się dowie. Daitaro zainteresowały moje zdolności, niektórzy powiedzieliby, że był to pewien rodzaj przyjaźni. Razem chcieliśmy przewyższyć ludzkość, spojrzeć w przód, by wiedzieć co robić.- opowiadał chłopiec, a Yoh obserwował wydarzenia na ziemi, rozmowę chłopców na moście.

Sceneria znów się zmieniła. Tym razem był to dwór Cesarza. Bogaci i grubi mężczyźni w bogatych strojach bawili się, prawdopodobnie w ogóle nie biorąc na poważnie ceremonii, wszystko było dla nich jedynie przedstawieniem. Tadatomo stał z przodu, a za nimi Daitaro i Mappa, trzymający sztandary z symbolem gwiazdy.

-Spójrz na nich. Powierzchowne prosięta. Wykorzystują innych, skąpani w kosztownościach i luksusie, podczas gdy ich poddani cierpią. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich autodestrukcyjne zachowanie jest tak kuszące dla demonów. A ci na ulicach? Bydło żyjące w kłamstwie, ale nie zrobią nic, by to zmienić. Dlatego, nie trzymam niczyjej strony. Jeśli wszyscy żyją z myślą o sobie, to ten, kto zostanie ostatni będzie panem wszystkiego. Chociaż, nie miałbym nic przeciwko, gdybym mógł otoczyć się ludźmi takimi, jak ja, z podobnymi mocami i rozumiejącymi mnie. Ale wtedy mogłem jedynie dzielnie to znosić.- mówił Mappa. Yoh obserwował całą ceremonię uważnie. -Daitaro nie chciał nikogo skrzywdzić. Wykorzystał mnicha, którego Tadatomo strącił ze stołka Onmyouji. Mówił, że ten mnich co roku próbował zniszczyć ceremonię, więc chciał go wykorzystać, by się popisać. Umożliwił uwolnienie Chimimoryo, ale oczywiście, te tłuste prosiaki nie mogły ich zobaczyć, więc myśleli, że Daitaro chciał sabotować ceremonię. Nie wiedział jednak, że to on był wykorzystywany.- Yoh aż krzyknął, gdy po uwolnieniu Chimimoryo, Daitaro chciał je zaatakować, ale Tadamoto przebił go na wylot. Widział szok w oczach Mappy.

-Tadatomo był zbyt potężny, nie słyszałem jego myśli. Nie miałem pojęcia, że to był jego plan. Daitaro myślał, że to on wykorzystuje mnicha Doumo, by pokazać, co potrafi przed Tadatomoo, podczas gdy ci dwaj zmówili się, by wykorzystać jego i zrobić z niego ludzkiego Shikigami. Daitaro ufał i uwielbiał Tadatomo, a on go wykorzystał i zabił dla własnych celów, eksperymentów i pokazu mocy Onmyouji. Wykorzystali go, a on jedynie chciał być kochany.- Chimimoryo wchodziły do ciała Daitaro przez ranę, podczas gdy Tadatomo opowiadał wymyśloną historyjkę, kłamstwa, które miały przekonać Cesarza. Yoh zacisnął usta w wąską linię. Nie wiedział, na czym bardziej skupić wzrok, na wydarzeniach wokół, czy na wyrazie twarzy Mappy, tego w dole, stojącego obok mistrza i... przyjaciela. Tak, musiał go traktować jak przyjaciela, to co zrobił po chwili to potwierdziło. Z zapartym tchem, słuchawkowy obserwował jak Mappa zrywa się do ataku. Widział niedowierzanie, smutek, gniew i ból na jego twarzy.

-Daitaro cię podziwiał! Byłeś dla niego wszystkim! Jak mogłeś to zrobić?!- krzyczał, a Tadatomo jedynie uśmiechnął się, unieruchamiając ciało chłopca, po chwili tłumacząc to przenoszeniem energii demonów na papierowe laleczki. Mappa jednak wyrwał się z jego mocy, niestety nie na długo. Ponownie pojawiły się Zenki i Goki. Przewodnik Yoh obserwował jego reakcję, jak słuchawkowy wyraźnie cierpi patrząc na błagania dziecka w dole, bezsensowne próby wyrwania się, by uratować przyjaciela. Daitaro w końcu przemienił się w Shikigami, takiego, którego widzieli wszyscy. Tadamoto jednak nie mógł nacieszyć się tym widokiem. Zginął po chwili, zgnieciony przez swój własny twór, a Mappa został puszczony wolno. Rzucił się do przodu, ale ktoś go odciągał.

-To by Doumo. Mówił, że Tadatomo od początku to planował. Chciał, aby ten Shikigami rozpoczął wojnę, wybudził tych ludzi z iluzji, którą sami sobie stworzyli. Nie widzieli problemu w chorobach, biedocie, cierpieniu i śmierci, bo nie chcieli go widzieć. Odwracali od niego wzrok i mówili, że wszystko jest dobrze. Doumo chciał mnie wyszkolić, ale... Nie chciałem być taki jak on. To tworzyło błędne koło. Użyłem więc techniki Tadatomo i własnego zaklęcia, żeby zapanować nad Zenki i Goki i zaatakować ludzkie Shikigami.- Yoh obserwował nową walkę.

-Uważaj!- zawołał nim Daitaro przebił Mappę na wylot.

-Zenki i Goki mieli jedynie sprawdzić jak działają ataki Daitaro. Pochłonął ich energię, a potem pozwoliłem się przebić, by chłonął także wytworzone przeze mnie demony. To był jedyny sposób na uratowanie jego duszy.- powiedział. I rzeczywiście po chwili Oni chłopca wspinały się po ogromnym Shikigami, który je pochłaniał aż w końcu... Zniknął. A ciało jego przyjaciela spadło na ziemię, jeszcze po raz ostatni się uśmiechając.

Wszystko zniknęło i znów unosili się w pustce. Yoh powoli przeniósł na niego wzrok. Zastanawiał się, czemu Hao wybrał tą historię do tej księgi i dlaczego ją zamienił. Czy to dlatego, że pokazywał w niej swoje uczucia?

-Każdy człowiek żyje wyłącznie z myślą o sobie.- powiedział chłopiec, a kończąc to zdanie, przemienił się w dorosłego mężczyznę. Wielkiego Onmyouji. -Ten, kto w tym egoistycznym wyścigu wygra będzie panem wszystkiego. Musiałem podjąć tę walkę. By mieć pewność, że zaprowadzę porządek. Ludzie przestaną się ranić i wykorzystywać, udawać czyiś przyjaciół, by wbić im nóż w plecy, ponieważ nie będą widzieli w tych walkach sensu. Po co walczyć o władzę, jeśli władca jest tak silny, że z góry wiesz, że go nie pokonasz? A jeśli jest on dobry, to nawet nie przychodzi ci to do głowy. Ale moim celem nie jest rządzenie innymi niczym Cesarz, a panowanie nad samymi duszami. By nikt więcej nie przechodził tego, co przeszedłem ja.- mówił, a po chwili oboje znaleźli się na dziedzińcu świątyni. Tej samej, która teraz stała w ciemnościach, ukryta przed światem jako przekleństwo rodu Asakurów. Tylko że ta tętniła życiem. Świeciło słońce, po dworzu biegały dzieci, mnisi kierowali się w stronę bramy.

-Postanowiłem, że założę nowy ród. To będzie nowy początek. Razem uda nam się zapanować nad ludzką chciwością, egoizmem, pozbędziemy się tych, co wejdą nam w drogę, tych co będą knuli przeciw matce naturze i bliźnim.- mówił, po czym wyciągnął rękę w stronę Yoh. Zupełnie, jak w Cho-Senjiryakketsu, jasne światło zakończyło wizje, a po chwili wyszedł przez portal.

Korale powoli opadły na ziemię, a Anna podniosła się z podłogi, powoli zabierając je i zakładając z powrotem na szyję. Nie odzywała się, czekała aż Yoh wykona pierwszy ruch. Widziała już, że ta księga wywarła na nim większe wrażenie niż ta, którą wcześniej poznał. Szatyn po chwili odwrócił głowę w jej stronę. Zaciskał usta, choć podbródek i tak trząsł się delikatnie. Powoli zaczynał rozumieć podejście swojego brata. Chyba cieszył się, że wszystkie Księgi zostały spisane przed zmianą nazwiska na Asakura Hao, co oznaczało, że przed staniem się całkowicie złym. Obawiał się, że za to będzie odpowiadała właśnie rodzina. Zrozumiał już, że stracił matkę, a także dwójkę przyjaciół. Jako dziecko był świadkiem ludzkich okropności, a także po raz pierwszy zabił. Czuł w sercu ogromny ból, nawet nie zwrócił uwagi, jak bardzo wzrósł jego poziom furyoku.

-On naprawdę chciał inaczej tego dokonać. Najwyraźniej ludzie tamtych czasów nie dali mu wyboru.- powiedział w końcu Yoh.

======================

No tak, więc... Mocno wzorowałam się na historii opowiedzianej z Shaman King Zero, jeżeli ktoś chcę ją przeczytać to jest tutaj. Tak jak mówiłam, trochę wzoruję się na mandze, ale nie w pełni. Jedynie na kilku wydarzeniach z przeszłości, które mieszam ze swoimi pomysłami. Jak najbardziej chcę podkreślić to, jak Yoh poznaje przeszłość Hao, jest to ważne ponieważ będzie to miało na niego ogromny wpływ. Oczywiście jeszcze nie zna całej historii o śmierci Asanohy czy połączeniu z Ohachiyo. Całe opowiadanie najprawdopodobniej będzie miało "trzy sezony". Pierwszy będzie dość mroczny. Drugi przyjemniejszy i pewnie odrobinę wzruszający, a trzeci powinien upodobnić się atmosferą do anime. Zabawny i będzie się kręcił wokół Turnieju. Wszystko jednak może się zmienić wraz z pisaniem. Ale póki co, nieco mroczniejsze chwilę i powiem wam, że praca nad Yoh będzie dla mnie naprawdę ogromnym wyzwaniem. Ale to zobaczycie ;)

Dziękuję bardzo za komentarze, Aomori i Villemo! Bardzo dużo dla mnie znaczą <3 Aomori, zostało mi tylko kilka rozdziałów! W ostatniej notce zostawię ogólny komentarz co do całości, nie przepadam za pisaniem dłuższych wypowiedzi na telefonie, hahaha. Myślę, że w piątek będzie już w 100% nadrobione!